Zbigniew Sułkowski

Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przewodnik tatrzański i beskidzki. Ciekawy świata.

 


 

„L a l k a”  do dziś denerwująca

Niewiele znajdujemy takich przykładów w literaturze światowej, aby bohater powieści uzyskał w oczach publiczności wszelkie znamiona żywej i dotykalnej osoby.

/Cz. Miłosz o Wokulskim/

 

Sejm popełnił gafę, ogłaszając 2012 rokiem Kraszewskiego, Korczaka i ks. Skargi – dla Prusa miejsca zabrakło. Uczcijmy go przynajmniej kolejną lekturą polskiej powieści wszech czasów.

Jan Gondowicz „G.W.”

 

Tak więc rok 2012 (setna rocznica  śmierci pisarza) nie został „Rokiem Prusa”, co jednak nic nie szkodzi, bo – ewenement! – po stu z górą latach aktywność zarówno fanów autora „Lalki”, jak i krytyków wcale nie maleje. Czego dowodzi choćby fakt pojawienia się w jubileuszowym 2012 literackich kontynuacji utworu.

Niejaki Aleksander Głowacki (pseudo to rzeczywiste nazwisko Prusa) napisał „Alkaloid”, kontynuację dziejów Wokulskiego naukowca, machiną czasu przeniesionego w wiek XXI.

Drugą pozycją jest „Córka Wokulskiego” Romana Praszyńskiego, gruba powieść w bardzo złym guście i stylu, sensacyjno – obsceniczna w treści historia dalszych losów bohaterów „Lalki”, w których poczet samego Prusa pan autor był uprzejmy włączyć. Całość dla miłośników niewyszukanej sensacji i erotyki dla ubogich w wyobraźnię – czytaj, kto ciekawy!

Trzecim tytułem utworu napisanego troszkę wcześniej (2010 r.) za to na o niebo wyższym poziomie jest ni to opowiadanie, ni to esej „Wokulski w Paryżu”. Autor to Krzysztof Rutkowski, którego nie należy mylić z głośnym, kontrowersyjnym detektywem.

Bolesław Prus, człowiek skromny, nie zabiegający o popularność nie mógł liczyć jak Sienkiewicz na Nobla. Istotną przeszkodą był też brak dobrych tłumaczeń jego prozy, gdy sytuacja po latach uległa poprawie, autor „Lalki” odniósł gorzkie, ale jednak „za grobem zwycięstwo”. I uznanie poświadczone licznymi nowymi przekładami, w 2005 r. także na język chiński!

Może to i był wynik niskosortowego donosu do Pekinu, bo Targowica nie śpi ... z byle kim.

Niebezpiecznie szerzącemu się kosmopolityzmowi próbował stanąć w poprzek już rok temu we „W sieci” poeta Jan Polkowski paszkwilem „Lalka”: pamflet na polskość”. Bez komentarza.

Nawiasem mówiąc, zareagował nawet R. Ziemkiewicz (!) masakrując duchowego brata po piórze za ów ekskrement.

 

„Lalka” jest zatem jako temat i problem wciąż żywą, tak jak żywą, osadzoną w realiach dziewiętnastowiecznej Warszawy, była powieść od momentu powstawania (druk w „Kurierze Codziennym” 1877 – 79, w wydaniu książkowym 1890).

„Powieść wielkich pytań epoki”...  na które brakło odpowiedzi, co dziś nie dziwiłoby, ale w tamtej epoce realizmu krytycznego, w której wszechwiedzący autor miał albo „krzepić serca”, albo propagować postępowe hasła?!

A kogo krzepi i jaką drogę wskazuje Prus w „Lalce”?

 

Znacie treść? To przypomnijcie sobie w poetyckim skrócie Jacka Kaczmarskiego „Lalka czyli pozytywizm polski”. Chyba nie bez znaczenia jest fakt napisania utworu w roku 1989.

 

Nad Wisłą gnieżdżą się nędzarze,
W kościołach – dobroczynne tłumy.
Arystokraci i bogacze
Topią w wyścigach ciężkie sumy.
Nikt nie wie, co naprawdę warte
Poświęceń po powstańczym dziele –
Rzeckiemu śni się Bonaparte,
Wokulski kocha Izabelę.

Niedożywieni i gruźliczy
Studenci walczą błazenadą.
Szlangbaum szlacheckie weksle liczy,
Patrioci do Paryża jadą.
Trzeba na jakąś stawiać kartę,
Ale rozsądniej grać czy śmielej?
Rzeckiemu śni się Bonaparte,
Wokulski kocha Izabelę.

Świat jest brzemienny w wynalazki,
W metale od powietrza lżejsze.
Polacy żyją z Bożej łaski
Piastując myśli niedzisiejsze.
W szaradzie ułożonej żartem
Pogodnych wróżb nie widać wiele –
Rzeckiemu śni się Bonaparte,
Wokulski kocha Izabelę.

Na zyski apetyty rosną,
Z pomysłów nie wychodzi żaden;
Zyskowna spółka handlu z Rosją
Wzięta za narodową zdradę.
Artyście z Włoch o głosie zdartym
Salon pod nogi zachwyt ściele –
Rzeckiemu śni się Bonaparte,
Wokulski kocha Izabelę.

Prosty kolejarz nie chce pojąć,
Że można z życiem chcieć się rozstać.
Figurki w oknie sklepu stoją,
Sklep zmienia pana, a świat – postać.
W powietrze wylatuje zamek
Stając się marzeń rozpadliną –
Rzecki umiera weteranem,
Wokulski – znika pod ruiną.

 

W czasach jeszcze Prusa, malarzowi obrazów religijnych Janowi Styce ukazała się Matka Boska i powiedziała – Słuchaj Styka, ty mnie nie maluj na klęczkach. Ty mnie maluj dobrze!

Prus obrazu społeczeństwa polskiego nie malował na klęczkach.  Malował mądrze.

Ale z mądrością zawsze rozdroże  – bo albo trzeba wysiłku, by ją zyskać, albo ogłosić, że mądrość należy do klęsk elementarnych.

Wobec bezwzględnej carskiej cenzury stosował Prus w „Lalce” język ezopowy z zakamuflowaną, domyślną treścią, dziś zarzucony, bo można pisać otwarcie  – jak długo jeszcze?

A ja tu chciałbym jeszcze o czymś innym.

Wyszukiwaczom rzekomych nieprawdopodobieństw i sprzeczności w „Lalce” pozostawał w ręku właściwie tylko jeden argument. Wokulski! Idealista nieidealny, źle skończył. I dobrze. Ale jak mógł wcześniej, startując z poziomu poniżej zero (piwnica Hopfera) osiągnąć tak wysoką w społecznej hierarchii pozycję?

Czy to nie postać zbyt papierowa?

Odpowiada Stefan Bratkowski w wydanej jeszcze w 1975 r. książce „Skąd przychodzimy” –

Stanisław Wokulski miał w tamtych czasach pozaliteracki pierwowzór. Człowieka, który od skrajnej nędzy własnymi rękami i głową doszedł do pozycji liczącego się w świecie przemysłowca, a zarazem autora i fundatora licznych dzieł dla dobra i rozwoju polskiego społeczeństwa. Z tym, że nie tracił głowy i pieniędzy dla żadnej arystokratki, za to niejedna na kolanach poszłaby za nim w stronę ołtarza. I nie działał w zaborze rosyjskim, bo był to Hipolit Cegielski.

W zaborze pruskim również permanentnie prowadzono antypolską politykę, ale na zasadzie słynnego „są jeszcze sędziowie w Berlinie!”. Dlatego taki Drzymała mógł w ramach prawa robić a kuku władzy swym barakowozem; rzecz nie do pomyślenia w „priwislańskim kraju”. Ciekawe, że Polacy zdobywali fortuny w imperium carskim, robili też kariery naukowe, pod warunkiem jednak, że znajdą się wystarczająco daleko od Wisły. Nazwiska wybitnych odkrywców – zesłańców Czerski, Czekanowski, Dybowski, Godlewski, Zan obok wielu innych potwierdzają to.

Wokulski Prusa, paradoksalnie, na Syberii znalazł warunki do rozwoju predyspozycji naukowych, a dokonania w dziedzinie chemii prawdopodobnie spowodowały skrócenie zesłania.

A ja niedawno natknąłem się na „galicyjskiego Wokulskiego” i to nie tak daleko Limanowej. Nasuwa się tu zaraz postać Ignacego Łukasiewicza, ale akurat nie o niego chodzi.

Władysław Długosz.

Pochodził z inteligenckiej rodziny z Krakowa i po studiach technicznych w Pradze podjął w 1887 r. pracę przy wydobywaniu ropy naftowej w Siarach koło Gorlic. Zgodnie z ówczesną procedurą zaczyna od pracownika fizycznego, ale szybko awansuje na kierownika kopalni. Zakochuje się wtedy w Kamili Dębowskiej, córce właściciela Siar. Zyskuje wzajemność panny i stanowcze veto od jej ojca – znaj dziadu swoje miejsce w kruchcie!

Zawziął się. Wszystkie oszczędności zainwestował w poszukiwanie ropy na własną rękę i ... zbankrutował. Ale to nie koniec marzeń, bo spadły z nieba przemysłowiec z Kanady proponuje mu prace wiertnicze w okolicy Borysławia. Teren trudny do eksploracji, szanse na sukces maleją; wyglądało już na kolejną plajtę, gdy wreszcie ...

Wielka na miarę galicyjską ropa odkryta! Splendor dla odkrywcy i odpowiednie profity. Jeszcze tylko Kamila. Władysław skupuje weksle popadłego w tarapaty Dębowskiego, ale nie po to, by niewidzialną ręką chronić go przed kompromitacją. Tym razem przyszły teść musi go poprosić o przyjęcie ręki Kamili.

Potem już wszystko toczy się dobrze. Wykupiony od wierzycieli rodowy dwór Dębowskich Władysław rozbudowuje w okazały pałac w dziesięciohektarowym parku. Całość w stylu trochę secesyjnym, trochę eklektycznym to prezent ślubny dla żony.

I żyli oboje szczęśliwie, w szacunku całej okolicy i długo. Władysław zmarł w roku 1937 – podczas pogrzebu grały syreny rafinerii od Gorlic aż po Rumunię – Kamila dożyła aż do roku 1969. Spoczywają oboje w rodowym mauzoleum w sąsiadującej z Siarami Sękowej, słynnej z zadziwiającego pięknem drewnianego kościoła, też godnego miłości.

Z. Sułkowski

 

1. Pomnik St. Wokulskiego na peronie dworca w Skierniewicach. Podobno do kieszonki na dewizkę zakochani wsuwają karteczki z intencjami.

 

2 – 4. Pałac w Siarach i fragmenty wystroju parku – marzec 1916 r.

5.  Tablica firmowa HCP na lokomotywie.


 

Poeta ma pióro i stół, i szklankę, i półkę z książkami

 

Czym jest poezja?
Ktoś powiedział, że to uintelektualnienie języka.
Język może zaistnieć jako materia twórcza tylko wtedy, gdy umie się nim operować na poziomie poprawności. Najpierw gramatyka, potem poetyka.
Wielu to pomija lub po prostu nie wie, że nie umie.

Moje liceum posiadało (lata 60- te!) trzy motocykle i rower. Sprzęt służył kursom nauki jazdy organizowanym dla uczniów, a przede wszystkim, "w ramach parytetów", uczennic. Przez jakiś czas byliśmy z kolegą szefami wyszkolenia. Był wymóg, by kursantka zanim dosiędzie koni mechanicznych, wykazała umiejętność trzymania równowagi na rowerze, ale większość podchodziła do procedury jak do prokreacji i... bywało, że gwałtownie malał rozległy plac zawłaszczony przez dzikie porywy, kaskaderskie wiraże, piruety i wzloty - te już na ogół mniej udane. Ale na pewno było to twórcze, a czasem niepowtarzalne. Z refleksją - Daj babie placek, a ona jeszcze wyżej siędzie!

To ostatnie rzucone zostało jako przykład parafrazy, czyli przeróbki językowej - tu akurat żartobliwej - utartego zwrotu (przysłowia) a właściwie dwóch. Naśladownictwo stylu językowego zdecydowanie wyśmiewne to parodia, której przeciwieństwem jest pastisz - świadome i otwarte upodobnienie wyrażania się do stylu uznanego za wartościowy i wzorcowy. Można więc pisać "Mickiewiczem", "Masłowską" lub, najczęściej niestety, "Konopnicką". Bywa często, że owi stylizatorzy - powielatorzy w ogóle nie wiedzą, że powielają. A tak się umówiono, że lepsze jest to, co własne. Mówiąc "Gombrowiczem" nawet nie "swojskie", ale "swoje". Kłopot w tym, że dla określenia poetyckiego "ja", czyli żeby się odróżnić od innych, trzeba wiedzieć, jacy ci inni są. I tu już potrzeba żmudnie ciułanej prozaicznej i prostackiej wiedzy.

Zawsze są dwa wyjścia...

Owe głuche pomruki wewnątrz organizmu zawsze mogą okazać się budzonymi gromami od serca, jeśli ma się jeszcze poczucie misji, w ostateczności trochę napoju wysoko umuzykalniającego, to jakoś będzie. Wizje nastąpią...

Ewentualność nr 2. Wielu, a bardziej może: wiele od dziecka marzy o karierze artystycznej - w muzyce, aktorstwie, sztukach plastycznych i chcą to studiować. Trochę inni (inne) uważają edukację za autoterapię i idą na psychologię lub polonistykę jak po poradę. O ile tych pierwszych łaskawy los na ogół odrzuca na wstępie, to ci drudzy zwykle się dostają.
I na to nieszczęście nie ma już ratunku.

Co najwyżej skutki autoterapii można trochę złagodzić autoparodią.

Exemplum:

Ks. Biskup Krasicki:

Święta miłości kochanej ojczyzny,
Czują cię tylko umysły poczciwe,
Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,
Dla ciebie pęta, więzy nie zelżywe...

I w "Antymonachomachii" ten sam autor:

Wdzięczna miłości kochanej szklenice.
Czuje cię każdy i słaby, i zdrowy
Dla ciebie miłe są ciemne piwnice,
Dla ciebie znośna duszność i ból głowy.

Tekst nowy, ale coś i jakoś podobny. Celowo.
Jeśli w/w przykład znany jak "oczywista oczywistość"; cóż, czuję się jak Ksiądz w "Weselu", który Pannę Młodą przestrzega (po ślubie!) przed niestosownością stosunków przedmałżeńskich.

W kolejności będzie, jeśli w ogóle będzie, o słowach-kluczach i mapach skojarzeń. Oraz innych równie zajmujących młodych twórców rzeczach.

- CD -

Miało było w poprzednim o intelekcie, który materiałowi słów ma nadać nową jakość w sensie znaczeniowym (semantycznym) jak i w kształcie estetycznym. Sama praca nad tym procesem jest stąpaniem po bardzo niepewnej kładce; "paranie się piórem" to, wg Mrożka, donos na samego siebie. W zakresie ekshibicjonizmu możliwości umysłowych przede wszystkim.

Intelekt oceniamy najczęściej na podstawie sposobu wypowiadania się - w jakiejkolwiek możliwej formie. A jedną z metod badawczych języka konkretnego twórcy jest określenie tzw. "słów-kluczy" czyli wyrazów używanych przez niego najczęściej. Tu trzeba nadmienić, co wynika z badań: tylko 4 - 11 % słów w tekście zawiera informacje niezbędne do jego pełnego zrozumienia.

Czyli ok. 95 % słów w tekście może być pominięte. Dziwne? Nie, jeśli owe pozostałe nieliczne będą zawierać najwięcej treści oraz stymulować do skojarzeń. Bo słowa- klucze odwołują się do szerszych treści czy obrazów zachowanych w pamięci. Jedno słowo może uruchomić ciąg wspomnień, nawet tych zakonotowanych w mózgu bardzo dawno. Dziś już nie stawia się w jednym rzędzie umysłu ludzkiego z komputerem, chociaż warto przypomnieć, że nazywany był on początkowo "mózgiem elektronowym". W każdym razie "zwracając się" do tego urządzenia odwołujemy się do jego "pamięci" - znacznie pojemniejszej i sprawniejszej od naszej - przez zastosowanie odpowiednich słów-kluczy uruchamiających dalszą operację. Komputer zwykle staje się wtedy bardzo wylewny, prezentując nam rozległą mapę skojarzeń - znaków językowych i obrazkowych - aż po elementy zupełnie "nie na temat", ale będące echem jakichś wielokrotnych odbić w otwartych przez wrzucone hasło przestrzeniach semantyki.

Skierujmy teraz kwestię do bezpośrednich relacji międzyludzkich, a nawet żeby było przyjemniej w dziedzinę spraw męsko - damskich, w której obyczajna poezja nasza od paru wieków wykazuje się bardzo miernymi wynikami. Zwykłe sarmackie świntuszenie pomijam. Bolał blisko sto lat temu Boy-Żeleński:

Jak wyszeptać do dziewczęcia -
Chcę... pozbawić cię dziewictwa!...
Nie obawiaj się poczęcia,
Kpij sobie z jawnogrzesznictwa!

Jeśli ktoś uważa, że w dzisiejszym "języku ogólnonarodowym" coś się w tej materii unowocześniło, niech zajrzy (jeśli jeszcze gdzie znajdzie) w któryś podręcznik "do życia w rodzinie". Nie takich kwiatków się doszuka!

Współczesne poczucie wstydu pojawiło się w wieku XIX. Wówczas kobieta przestała mieć ciało, a zaczęła składać się z przepastnych oczu, mgły i galarety.

Cytat bez komentarza, ale z refleksją - jakaż tu istotna rola słów-kluczy?!

W tym miejscu młodemu pokoleniu trzeba napomknąć, że kiedyś, ale jeszcze nie tak dawno kultura (nie tylko z powodów powyższych) nakazywała, by chłopak, któremu spodobała się dziewczyna, nie rzucał się od razu na jej sfery erogenne, lecz rozpoczynał od gry słownej zwanej flirtem. A czasem jeszcze śmiesznie pod oknem serenadę zaśpiewał, albo wierszyk napisał. Ale nawet bez wierszyka wiadomo było, że o sprawach emocjonalnych intymnie nie sposób wyrażać się wprost, bo i straszno, i wstyd. Przecież i zawadiacki lud polski wolał śpiewać o "konisiu uwiązanym u żłobu pustego". Bo od czego słowa-klucze?...

A czy dzisiaj w sytuacjach adekwatnych podobna retoryka w ogóle egzystuje? Jest taki przykład z zakresu psychologii integracyjnej - wymiana zdań dwojga młodych:

Ona - Co będziesz robił jutro?
On - Mam parę spraw do załatwienia...

Ktoś, kto zasłyszał, konkluduje - Co za banalne gadanie! Czy nie mogliby ze sobą poflirtować?

Ale wystarczy sporządzić mapę skojarzeń słów obydwojga, by przekonać się, że właśnie to czynią. I przekazali sobie dużo treści ważnych i niejednoznacznych. I taka też ma być poezja. I to by było dosyć.

ZbS

 

W wodewilu Ernesta Brylla o Janosiku jest interesujący dialog pojmanego Janosika z cesarzem:

A ty - zapytał cesarz - długo się nawojowałeś? A on powiedział, że niedługo. A ile tobie latek? - zapytał cesarz. A on powiedział, że trzydzieści cztery. No to i dosyć - powiedział cesarz - I więcej ci - powiedział - nie będzie.


 

S k r z y d ł a

Pastiszo — plagiat

"A po drodze
Był sad. BYŁ SAD. Zauważ plagiat,
Dwusłowy wprawdzie, lecz bezsporny."

Julian Tuwim "Kwiaty polskie"

- Więc powiadasz, Don Enervo, skrzydła?

- A cóż by to, Padre Concito, być mogło? Dobrze chociaż, że one nie diabelskie ...

- Gdyby były błoniaste jak u gacka, ale powiadasz, że na nich białe pióra, ergo ...

- Anielskie!!!

- Cicho, panie Enervo! Ów przebiegły książę ciemności różnie mamić potrafi, chociaż ...

Don Enervo nie dowiedział się, co "chociaż", bo Padre zamilkł i wyciągnął rękę w stronę gościa gestem, który w najlepszym razie mógł oznaczać błogosławieństwo na drogę. Więc ten wyszedł z pomieszkania uczonego i przez długą, ciemną sień wydostał się na ulicę wcale nie pocieszony na strapionej duszy.

Rzecz dotyczyła jego niedawno poślubionej młodej żony, Anicetty, u której odkrył bardzo dziwną przypadłość. Jakiś czas po ślubie namacał na plecach żony, w okolicach lewej łopatki jakby małą narostkę szorstką na koniuszku, drugą taką znalazł niebawem pod prawym ramieniem Anicetty, trzeciej już nigdzie nie było. Jako porządny kupiec i starszy korporacji cechowej nie miał wielkiej wiedzy o kobietach, ale stara Farfuria, swatka koncesjonowana, której nawet przepłacił za całą czynność, przysięgała mu, że z ciałem jego narzeczonej wszystko jest w całkowitym porządku. Niechby tam jakieś kurzajki, ale u ramion Anicetty pokazały się białe piórka i rosły, kształtując się w jakby skrzydełka gołębie, potem gęsie, łabędzie i żona Don Enervo z tyłu wyglądała już całkiem jak owe alabastrowe putta w barokowej kaplicy św. Magdaleny u fary. A skrzydła rosły. Anicetta sama sporządziła na nie w sukniach sprytne rozcięcia; dziw jak po złożeniu przylegały płasko do ciała i pod byle narzuconą materią trudno się było ich domyślić. Bo to by było dopiero, gdyby się inni, choćby służba, dowiedzieli.

Na razie wiedział jedynie - prawie pod tajemnicą spowiedzi - Padre Concito, bo komuż Enervo mógł się zwierzyć jak nie jemu? Razem od dziecka bawili się na ulicy, razem dla pustej psoty zakradali się po niedojrzałe owoce do cudzych ogrodów i razem im w proformie nie szczędził razów na gołe chudy i łysy ojciec Baccalarus, postrach kilku pokoleń pauprów nauce niechętnych, a skorych do każdej krotochwili. Potem ich drogi się rozeszły - Enervo wcześnie odziedziczywszy sklep korzenny oddał się handlowi i rychło tak pomnożył kapitał, że mało kto w mieście nie kłaniał mu się pierwszy. Concito natomiast niespodziewanie poświęcił się nauce, został doktorem teologii i sztuk wyzwolonych, profesorem miejscowej akademii i kanonikiem u św. Anny. Do niego więc, bo do kogo, zwrócił się z tajemnym kłopotem swego małżeństwa Don Enervo, bo zresztą nie miał wątpliwości, że piekło lub niebo jest całej rzeczy powodem, która tak czy inaczej może poważnie zagrozić jego interesom.

*

Zostawszy sam, Padre Concito zamyślił się zgodnie ze swoim profesorskim powołaniem - co by to wszystko znaczyć mogło? Demony po ziemi pomnożyły się licznie, w wielu dziełach to przecież zgłębiał, ba! ? sam napisał Flagellum diabolum, co się wykłada Bicz na diabły, ale... trzeba być niepochopnym! Ładnych parę lat minęło, a do dziś ciarki przebiegają po ciele mistrza na wspomnienie zdarzenia, które jego powagę profesorską i duchowną nadwerężyło. Z okazji święta patrona Magnificencja zezwolił i sam zachęcił do skromnego In vino veritas, Concito do propinacji starał się stosować miarę, lecz Nec Hercules contra plures ("doktor nie puścił, ale drzwi puściły") i... W głębi nocy przecie obudził go nieludzki jakiś wrzask. Podniósł zbolałą z nieumiaru głowę i co zobaczył? W ciemności izby liczne małe światełka zakreślały horyzontalnie i wertykalnie koła i zygzaki. Siły nieczyste niewątpliwie, a z wytyczanych przez nie figur znać było, że nieobca im geometria. Zatem moc ich potężna być musi! Z zaciśniętego zgrozą gardła wyskrzeczał kilkakroć zaklęcia: Apage satana! Exorciso te, spiritus immunde! - gdy to nie pomogło, rzucił się z wrzaskiem przerażenia do drzwi i przez sień na ulicę, płosząc liczne żaki i szpilmany; niecnoty, co z jego persony prześmiewny sobie hazard uczyniły, uprzednio przylepiając karakonom do pancerzyków malutkie świeczuszki.

Potem przez czas długi Padre Concito miał jedno pragnienie - żeby wszyscy szkolarze mieli jeden zadek, a on mógł go batem na drobne posiekać. Przeto z diabłami trzeba ochędożnie. Ergo - na tej niskiej ziemi nic nie jest bez przyczyny. Skrzydła u Anicetty wyrosły po zamężciu. Tak! Concito zamyślił się — filozofowi nie wypada wydziwiać, ale skąd przyszło do głowy takiemu spaśnemu Enervo żenić się w piątej dekadzie życia? Tu Concito zszedł skrycie pamięcią do czasów swego wieku płochego. Ciężkimi postami i dyscyplinami za to później w konwikcie płacił, ale — Panie Boże odpuść - o białej płci miał większe wyobrażenie niż taki Enervo, co od młodości tylko talary miał w głowie. Gdzie mu do jakiego Queam lineam iam pudoris tangere? Nawet w tawernie myślał raczej, jak oszukać oberżystkę o jedno piwo niż poklepać ją po wykształceniu. Ech! Padre się żachnął i wrócił w sferę filozoficznych dociekań.

Więc Anicetcie rosną skrzydła, choć z palmą męczeńską bardziej by jej było do twarzy. Ale rosną, niechby anielskie, więc pewnie będzie latać. Jak anioł. Jaki anioł? Byli aniołowie, którzy mówili: bądźmy jak Bóg! A teraz mówią: bądźcie jak Bóg. "Pęd ku doskonałości nie zna granic". Właśnie - granic! Jako istoty niedoskonałe grzeszymy myślą, że możemy być bez grzechu. A grzech czasem ratuje przed jeszcze większym grzechem. Ergo...

Ale wcześniej trzeba trochę postraszyć jej męża.

Padre Concito zawołał kucharkę i polecił jej duchem sprowadzić Don Enervo.

*

- Coś ci powiem, Enervo.

- Ja też, Padre Concito, powiem czego nie mówiłem ze strachu. Ona w nocy po ciemku wychodzi na dach i gdzieś lata!

- Wiem o tym. Ale słuchaj, wiesz pewnie o czym na mieście się mówi...

- O Anicetcie?!

- Nie. O tym przecież nikt nie wie. Jeszcze nie wie. A pospólstwo skarży się na brak godziwej rozrywki. Że już nikt nie pamięta, kiedy spalono na rynku jaką młodą czarownicę. W ostatnich czasach same stare wiedźmy...

Padre Concito poczekał na skutek swych słów i dodał:

- Przyślesz mi wieczorem Anicettę do Świętej Anny. Na konfesję, czyli bez ciebie. Bo wiesz, że Pismo mówi: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało...

- Masz, Padre, jakiś ratunek?

- Może. Ale nikomu ani słowa. I nie próbuj się niczego domyślać.

*

Któregoś wczesnego ranka młody Vezuvio Intactus spacerował nie wiedzieć czego za miastem, co nikogo nie dziwi, młodzianek ten bowiem był przeznaczony przez rodziców do celów wyższych niż sprawy przyziemne jakiekolwiek. Nie wiadomo czy dlatego spoglądał w zamglone o świcie niebo, aż stanął jak wryty na widok całkiem jak na obrazku anioła spływającego na jasnych skrzydłach prosto na niego. Anioł był nieziemsko piękny i gdy dotknął stopami ziemi, Vezuvio padł na kolana i chciał jeszcze na twarz, gdy usłyszał:

- Wstawaj niedojdo i chodź do mnie. I szybciej się ruszaj, nieszczęsny!

*

Spokój wrócił do domu kupca Enervo.

Aoryst 45

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej