Jerzy Bogacz

Dziennikarz, regionalista, nauczyciel. Urodził się w roku 1944 w Bieczu. Dzieciństwo spędził w Limanowej i w tutejszym Liceum Ogólnokształcącym zdał maturę. Ukończył filologię polską oraz Studium Kulturalno-Oświatowe na Uniwersytecie Jagiellońskim, a potem podyplomowe Studium Dziennikarskie Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1971-1982 był dziennikarzem opolskiego oddziału redakcji "Słowa Powszechnego". Po powrocie w rodzinne strony pracował zawodowo jako wychowawca i nauczyciel, tworząc społecznie prasę regionalną. Był współzałożycielem i redaktorem naczelnym "Echa Limanowskiego" (1993-1998), a od roku 2000 kieruje redakcją kwartalnika "Almanach Ziemi Limanowskiej" wydawanego przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Limanowskiej.

 


 

D r z e w o

Wojciech Brdej - Moja Limanowa

 

Widok niby znajomy, a jednak tchnący tajemnicą. Wszystko jakby rzeczywiste. Tylko to Drzewo... Nikt nie wie skąd się wzięło, kiedy można go zobaczyć i gdzie się podziewa, kiedy go nie ma. W dzień, gdy na rynku ruch spory, nikt się na niego nie natknął, Taksówkarze stanowczo twierdzą, że o zmroku na pewno się nie pojawia. Pierwsi przechodnie, przemykający pospiesznie o świcie, dają głowę za to, że także go nie widzieli. Spisane podczas nocy raporty policyjnych patroli enigmatycznie wspominają, że "nic nadzwyczajnego na rynku nie zaszło".

W tej sytuacji zachowany rysunek zdaje się być jedynym śladem istnienia tego efemerycznego fenomenu, który najwidoczniej pojawia się i znika. Co by na ten temat nie mówić, Drzewo musiało jednak być kiedyś obecne przez dostatecznie długi czas, by można je było naszkicować z budzącą podziw precyzją i drobiazgowością. Dzięki niej mamy podstawy sądzić, iż miało to miejsce podczas pełni księżyca, najprawdopodobniej wczesną wiosną, lub późną jesienią, bo niepokojąca plątanina gałęzi jest zupełnie bezlistna.

Gatunek Drzewa trudno określić, ale najwyraźniej jest ono stare. Bardzo stare. Rzec by można nawet - wiekowe. Musi więc wiele pamiętać.

Z całą pewnością istniało już za życia mojej praprababki, "sławetnej Katarzyny ze Śliwów Wątrobiny", która 9 grudnia 1848 roku "nabyła niwkę o powierzchni 682 sążni, za sumę dobrowolnie umówioną na 136 złotych ryńskich, w monecie konwencjonalnej, za każdy ryński po 3 cwancygiery, od sławetnej Tekli z Garczyńskich Greffnerowej".

W sześćdziesiąt sześć lat później, jesienią 1914 roku, Drzewo widział najprawdopodobniej Georg Trakl - austriacki poeta i CK medykamentariusz, który napatrzywszy się na okropności wojny i omal nie popełniwszy przez nie samobójstwa, dla ukojenia nerwów znalazł się tu właśnie "w małym miasteczku zachodniej Galicji, wśród przyjaznych i łagodnych wzgórz". Przesiadując często w karczmie u Żyda Langera, widział, przez wychodzące na rynek okno, oplecioną rusztowaniami wieżę budującego się kościoła i ubłocone wojskowe tabory, usiłujące nadążyć za zwycięstwami i klęskami swojej armii. Było mglisto i boleśnie. Tylko Szymusia Langer, córka gospodarza, rozświetlała swym urokiem posępność melancholijnych dni, których już tak niewiele Traklowi pozostało. Może przypominała mu młodszą o cztery lata siostrę Gretę, z którą łączyła poetę tragiczna, dekadencka miłość?

Nie wiadomo natomiast czy Drzewo widział Marszałek Józef Piłsudski. Nie ma na ten temat żadnego śladu w jego wspomnieniach, poświęconych głównie - jak na wodza przystało - sprawom wojskowym. A przecież przejeżdżał bez wątpienia przez rynek, zdążając od fryzjera (gdzie zgolił brodę) na kwaterę do domu zacnego doktora Kazimierza Mieroszewskiego, zwanego przez mieszkańców miasteczka "fizykiem".

Można domniemywać, że to właśnie pod tym drzewem, w czasach Drugiej Rzeczypospolitej, w dni targowe chłopi stawiali wozy dyszlem raz w stronę restauracji Marcelego Bursztyna, kiedy indziej zaś w kierunku leżącego po przeciwnej stronie rynku, podobnego lokalu Tomasza Biedy - w zależności od tego, który z tych znamienitych obywateli i kupców piastował aktualnie godność burmistrza. Dziś wozy z dyszlem są już raczej muzealnym zabytkiem, a i targ z rynku dawno wyprowadzono. Z tego też powodu przybysz, który w dzień targowy znajdzie się w tym miejscu, stanie zupełnie zdezorientowany, nie wiedząc w której stronie miasteczka mieszka obecny burmistrz.

W dzieciństwie i my czuliśmy obecność wielkiego Drzewa. Prawdopodobnie widzieliśmy nawet gdzie znajduje się furtka prowadząca do jego czasu i jego przestrzeni. W miarę dorastania straciliśmy jednak tę zdolność. Bardziej zajmowała nas "tatra" doktora Edwarda Merkowskiego, która codziennie przemykała z hałasem przez rynek. Jest raczej pewne, że w chwili, gdy ten urzekający automobil zanurzał się w cieniu Drzewa, pod jego konarami, niczym w magicznej latarni, można było przez mgnienie oka zobaczyć migotliwe obrazy. Ukazywały one doktora w wileńskim gimnazjum, na kijowskim uniwersytecie, w jednym ze szpitali oblężonej Warszawy, w paryskim ambulatorium PCK i wreszcie w kryjącym szlacheckie ostatki mordarskim dworze, gdzie doktor znalazł miłość, dla której postanowił związać swe życie z miasteczkiem.

Czyżby więc to drzewo było obecne na limanowskim rynku nie tylko od bardzo dawna, ale i częściej niż się nam wydaje? Trudno w tej materii dojść do jednoznacznego wniosku, a autora rysunku nikt nie śmie o to pytać. W związku z tymi wątpliwościami ktoś przypomniał nieśmiało, że być może w niematerialnej i niezniszczalnej czasoprzestrzeni pojawiają się od czasu do czasu jakieś byty lub zjawiska o niezwykłych właściwościach: oczywiste dla wybranych, a niewidoczne dla taksówkarzy, porannych przechodniów, policjantów i chłopców porzucających krainę dzieciństwa. Wiadomo, że takie postrzeganie świata jest od wieków związane z koncepcją posłannictwa artysty.

Prawdę mówiąc niewiele osób drążyło problem tak głęboko. Tylko bardzo nieliczni w intrygującej obecności lub nieobecności zjawiska dopatrywali się ukrytej symboliki oraz okruchów metafizycznej tajemnicy. W końcu jakiś baczny obserwator dostrzegł, że po odwróceniu rysunku korona Drzewa do złudzenia przypomina jego korzenie. Od tej pory zaczęto całą sprawę traktować z pewną dozą rezerwy. Wiadomo, że metafory, podteksty i aluzje mogą być źródłem niepotrzebnych kłopotów...

Dobrze się więc chyba stało, że fotografa przy tym wszystkim nie było. Fotografia stanowiłaby niezbity dowód. A rysunek?

W tej sytuacji całe zamieszanie i wszelkie niejasności związane z Drzewem można spokojnie przypisać bujnej fantazji młodego artysty.

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej