Jarosław Czaja

Urodzony w 1968 r. w Tarnowie. Plastyk, fotografik, miłośnik jazzu, nauczyciel. Publikował w prasie ogólnokrajowej: "Jazz Magazine", "Art and Business" oraz regionalnej: "Almanachu Sądeckim" i "Almanachu Ziemi Limanowskiej" - z którym związany jest od początku istnienia. Mieszka w Łukowicy.

 


 

KAMIEŃ NA GORCU

Nad Morskim Okiem! - jakże ci zazdroszczę,
że tam stoicie w zimie, ostrym wichrze,
w powietrzu świeżych barw - gdy ja tu poszczę,
patrząc na kurhan w sinej mgle - za szybą.

Tak pisał Stanisław Wyspiański w wierszu adresowanym do Tadeusza Estreichera. Wspomniany kurhan to oczywiście Kopiec Kościuszki, który artysta, unieruchomiony ciężką chorobą oglądał z okna swojej pracowni przy ul. Krowoderskiej. Z tęsknoty za Tatrami zrodził się olśniewający cykl pastelowych widoków na Kopiec, które Wyspiański wykonał w zimowej aurze, na przełomie 1904 i 1905 roku. Żałował, że nie było mu dane malować pejzaży tatrzańskich, ale my dzisiaj nie żałujemy, jeśli wolno tak powiedzieć, bo nad Morskim Okiem był inny majster: Leon Wyczółkowski. Zamiast podobnych obrazów - obaj przecież pasteliści - na podobny temat, otrzymaliśmy w zamian coś innego, chyba bardziej frapującego. Powstały oto dwie doskonałe, dopełniające się plastyczne wizje gór. Dwa bieguny, bez żadnej gradacji. Na jednym "postny" kurhan, mały pagórek, zaledwie zapowiedź gór prawdziwych, a na drugim całkowita eskalacja, przytłaczający ogrom naszych najwyższych górskich szczytów. Blady fioletowy grzbiecik, a naprzeciwko ziejące przestrzenią "Wrota Chałubińskiego".

Ta tęsknota Wyspiańskiego, jakże charakterystyczna dla ludzi w naszym nizinnym kraju, jest mi bliska, choćby z tego powodu, że urodziłem się w okolicy oddalonej od wielkich gór. Tak, znam to uczucie. Powiem więcej: ktoś, kto nie oswajał się z Tatrami, Gorcami czy Beskidami od dziecka, nigdy do końca się do nich nie przyzwyczai, na te widoki się nie uodporni i nie uzna ich za swoje naturalne otoczenie. Jeśli zamieszka w górach na stałe, czeka go życie w permanentnym stanie zadziwienia, a nawet zachwytu, co pozostanie niezrozumiałe wśród jego sąsiadów, autochtonów. Oni nie musieli nigdy patrzyć na postny kurhan. Ich skala zaczynała się dużo powyżej Kopca Kościuszki. Byli od razu bliżej bieguna, który wyznaczył Wyczółkowski. Ale nie ma im czego zazdrościć, bo cała skala gradacji, stopniowanie wzruszeń i ich narastanie to coś, co ich w życiu ominęło.

Takim "kurhanem" od którego zaczął się w moim życiu górski świat był skromny grzbiecik nieopodal Wojnicza przy szosie do Nowego Sącza, o tyle jeszcze podobny do Kopca Kościuszki, że z jego szczytu także, przynajmniej kiedyś, można było ujrzeć Tatry. Ale nie była to pierwsza lepsza górka. Nazywała się Panieńska Góra i to właśnie od niej zaczynał Seweryn Goszczyński swój szlak, który uwiecznił w "Dzienniku podróży do Tatrów". Nie licząc pierwszego, jeszcze nieświadomego mego na niej pobytu - bo miałem dziewięć miesięcy zaledwie kiedy wytaszczyli mnie na tę górę rodzice - na własnych nogach zdobyłem ją pewnie jeszcze przed ukończeniem dziesięciu lat, ale celem nie było oglądanie panoram, bowiem niewiele już dało się z powodu drzew zobaczyć, ale posadowionych na szczycie Panieńskiej Góry ruin średniowiecznego zamczyska o nazwie Trzewlin.

Goszczyński był w 1832 roku na Panieńskiej Górze dwa razy, przed wyjazdem na Podhale i zaraz po swoim z Tatr powrocie. To była uwertura do wrażeń, jakich spodziewał się doznać w Tatrach i swoiste ich potem wyciszenie - decrescendo. Pierwszym razem pisarz spędził na Panieńskiej Górze prawie cały dzień i zostawił nam bardzo dokładny opis panoramy roztaczającej się z jej płaskiego szczytu. Musiał go opuścić, gdy wieczorem nastąpiło nagłe pogorszenie pogody. "Rad nierad musiałem zejść ku domowi, zerwawszy kilka fiołków na pamiątkę odwiedzin Panieńskiej góry i wzruszeń, jakich na niej doznałem". Nic dziwnego, że kilka miesięcy później, chętnie ją odwiedził ponownie: "Przestałem więc tylko na tej rozkoszy, żem z Panieńskiej góry powitał miłe mi strony, po górach dziś mi najmilsze, najprzyjaźniejsze".

Wzniesienie nie jest wysokie - raptem coś powyżej 300 m.n.p.m. - ale wyraźnie odcina się od równinnego krajobrazu. Goszczyński oglądając Panieńską Górę od strony Wojnicza pisał: "Widok ten jest już w rodzaju wyższym od powszedniego, nade wszystko południowa jej strona, górzysta, objawia na pierwszy rzut oka, że jest już rodziną Karpat: rodzina drobna wprawdzie - i tak się ma do pnia swojego, jak my do naszych ojców przedpotopowych".

Niedawno obserwowałem zachód słońca z Lubczy Szczepanowskiej położonej na przeciwległym do Góry Panieńskiej brzegu Dunajca. Pod moimi nogami rozpościerała się rozległa panorama w kierunku Krakowa. W dole błyszczała wstążka Dunajca, dalej widać było dachy Wojnicza, lekko na prawo wieś Mikołajowice - gniazdo rodowe Tetmajerów, skąd Goszczyński wyruszył do "Tatrów", na końcu zaś długą, czarną krechę biadolińskich lasów. Oto fascynujące zjawisko: ciągnąca się od Wisły, albo i samego Mazowsza, równina dochodzi do szosy Kraków - Tarnów i nagle jak nożem uciął! Dosłownie, bo za asfaltem jest już inny świat - witajcie w Karpatach! Patrząc w prawo: płasko jak na stole. Patrząc w lewo: górki i pagórki. To tylko mały przedsmak doznań górskich, ale gdzieś przecież musi być ich początek, jak pisał Goszczyński: "oto są pierwsze z tej strony wschody do gmachu, którego kopułą są Tatry, a wieżami Łomnica i Krywań".

Widok, uznałem, wart był uwiecznienia w moim szkicowniku. Ale i tym razem nie byłem tutaj pierwszy. Dawno temu uprzedził mnie przyjaciel Goszczyńskiego, wielki podróżnik, rysownik, grafik, ale również pisarz: Maciej Bogusz Stęczyński. To on wykonał sto pięćdziesiąt lat temu litografię pt: "Panieńska Góra w Wielkiej Wsi nad Dunajcem, od wschodu i północy". Nawet widać na niej zachodzące słońce, nie ma tylko, oprócz dworu Stadnickich tak wielu domów jak dzisiaj, ani żadnej większej drogi. No i Dunajec płynął wtedy bliżej samej Panieńskiej Góry. Co ciekawe, zawsze miałem pewne wątpliwości co do wierności przedstawianych przez Stęczyńskiego krajobrazów, zwłaszcza jeśli chodzi o Pieniny i Tatry, a tutaj, okazuje się, przy małych zastrzeżeniach co do perspektywy, wszystko się zgadza. Mam porównanie, bo znam starorzecze Dunajca, zachowane w postaci podłużnych stawów w tej okolicy. Podobnie rzecz się ma z inną litografią Stęczyńskiego; "Most na Dunajcu w Zgłobicach". Pamiętam z dzieciństwa wystające jeszcze z nurtu rzeki drewniane kikuty, pozostałości tego właśnie mostu. Tutaj również wszystko się zgadza.

Jako dziecko, a także kilka razy później, oglądałem jadąc przez nowy, betonowy już most w tychże Zgłobicach, zjawisko doprawdy niezwykłe. W szczególne dni, jakich jest parę w roku zaledwie, kiedy powietrze staje się idealnie przeźroczyste, w wąskim przesmyku, pomiędzy górami, widać wyraźnie ciemniejące na tle nieba, albo na odwrót, bielejące śniegiem, szczyty Tatr. Wrażenie jest takie, jakby to były Himalaje. Opis podobnego odczucia ogromu, znalazłem kiedyś w książce Ludwika Hieronima Morstina, który mieszkał już nieco dalej na północ za Wisłą, w słynnych (bywali tam Staff, Iwaszkiewicz i Tuwim) Pławowicach: "Nigdy tego wrażenia wielkości nie miałem patrząc na łańcuch Tatr z dużo mi bliższego Podhala". Faktycznie, kiedy oglądam często, nawet można powiedzieć nieledwie codziennie Tatry z Łukowicy, mimo, że wydają się być tak blisko, są już mniej efektowne...

*

Na jednej z półek w mojej biblioteczce stoi mała książka, oprawiona w szaro-granatowe płótno. Na jej przetartym grzbiecie, ledwo da się odczytać napis "Gorce". Na okładce z przodu jest dopisek: "Przewodnik". Musimy zajrzeć do środka, aby poznać nazwisko autora: Józef Nyka. Oto mija dokładnie pół wieku, odkąd ukazało się to dzieło, a więc mamy okrągły jubileusz, ważny dla wszystkich, których uwiodły Gorce, bo chodzi przecież o wzorcowy przewodnik po górach, do dzisiaj szeroko naśladowany i powielany. Patrzę z rozrzewnieniem na ręcznie rysowane "szkicowe" mapy i historyczne zdjęcia, nieocenione, ale marnie wydrukowane (papier klasy trzeciej).

Nyka napisał jeszcze później, nie mniej, a nawet bardziej chyba popularne przewodniki: "Pieniny" (1963) i "Tatry" (1969). Ale "Gorce" są wyjątkowe nie tylko dlatego, że były pierwsze. To książka, którą można, w przeciwieństwie do innych podobnych pozycji, również następnych wydań tegoż samego autora, czytać w całości, jak książkę właśnie. Posiada w dodatku dla mnie ten cenny walor, że jest dziełem jeszcze szkicowym, nie w pełni oszlifowanym, pisanym przez pasjonata, który widzi Gorce przez romantyczną mgiełkę tajemnicy: zasłyszanych opowieści i legend. Dziwna miejscami pisownia nazw, świadczy dobitnie, że Nyka poruszał się jeszcze cokolwiek niepewnie w gorczańskiej materii. Sam zdawał sobie z tego sprawę, skoro we wstępie zaznaczył: "Wino zyskuje na jakości z upływem lat, przewodnik krajoznawczy - w trakcie kolejnych edycji". Cóż... Przeglądam wydanie trzecie: "zmienione i uzupełnione" z 1974 roku i widzę innego Nykę: starego wygę, dla którego nie ma już żadnych tajemnic. Dzieło zostało dopracowane, miejscami nawet po aptekarsku, pozbyło się błędów i ...uroku. Ale za to nakład się potroił.

Te pierwsze "Gorce" stoją na półce obok dwóch książek, które ukształtowały moją prywatną mitologię gór: "Znów idę na południe" Stanisława Pagaczewskiego (Warszawa 1979) i "Z Krakowa w góry" Andrzeja Sulikowskiego (Kalwaria Zebrzydowska 1989). Już w samych tytułach, nie przypadkiem chyba tak do siebie podobnych, zawarty został specyficzny rozdźwięk, który tak bardzo mnie interesuje. Nie bycie wyłącznie w górach, nie koncentracja tylko na ich pięknie i patrzenie przez wąski obiektyw, ale ciągłe przemieszczanie, przybliżanie się do gór - bo w góry zawsze przychodzi się skądś, z doliny, a najczęściej z miasta. Obaj autorzy nie zapominają również, że wędrówka po górach ma głębszy niż tylko turystyczny i relaksacyjny cel. Tak kończy swój opis wycieczki na Turbacz Pagaczewski: "Może właśnie wtedy postanowiłem napisać nową książkę dla tych, których góry nie zdradziły i którzy nie zdradzili gór. Książkę o Beskidach pachnących sianem, świerkową korą, macierzanką i miętą. O ziemi cienistych roztok, szeroko rozlanych szczytów, drewnianych kościółków. (...) O smaku wody leśnych źródeł. O uroku włóczęgi, która nie powinna się nigdy skończyć, ale która skończy się na pewno i dzięki temu jest tak droga, że myśl o niej ściska za gardło." Poetycki opis krajobrazu i wędrówki przechodzi tutaj w metaforę ludzkiego życia i samo chodzenie po górach nabiera innego, jeśli tak można powiedzieć, ciężaru gatunkowego.

Z kolei Andrzej Sulikowski już dwadzieścia lat temu przewidywał nieodwracalne zadeptywanie miejsc mało znanych do chwili ich opisania w przewodnikach. Zastanawiał się jak temu przeciwdziałać: "Chodziłoby przede wszystkim o przywrócenie pierwotnego, pełnego świętej bojaźni i szacunku, nastawienia do gór - takiego, jakie dziś jeszcze spotykamy niekiedy u miejscowej ludności Podhala, a które jest powszechne u mieszkańców np. Tybetu czy wiosek himalajskich: święte są góry, oddane bóstwom na zamieszkanie, święte wszystkie strumienie i rzeki, które tam - w gnieździe duchów opiekuńczych lub nieprzyjaznych - czerpią ze źródeł i lodowców."

Obaj pisarze spoglądali na góry w sposób metafizyczny i obaj szczególnie upodobali sobie Gorce. Nyka od nich zaczynał. Dlaczego akurat Gorce? Nie potrafiłbym na to pytanie odpowiedzieć. Nie potrafiłbym też pisać o Gorcach. Zbyt wiele wspomnień, refleksji, zbyt to obszerny i powielany temat. Zresztą, czasami wydaje mi się, że tkwi w tym wszystkim pewien paradoks. Czy ta cała turystyka górska to nie jest coś na dobrą sprawę podejrzanego, sprzecznego z naturą i odwiecznym obyczajem? Kiedyś dziwiło mnie, że moi sąsiedzi nie mają potrzeby zwiedzania i poznawania swojej najbliższej okolicy. Dzisiaj widzę w tym pewną zdrową filozofię. "Ej panie, a po co ja bym tam chodził?". No, faktycznie, niech mi ktoś odpowie: po co? Istnieje coś, co można nazwać zasiedziałością. Pozornie i według współczesnych trendów to forma życia kiedyś nam wbrew woli narzucona - odwiecznym prawem pańszczyzny choćby - sztuczna i niemodna. Czyżby? Już w XVIII wieku niejaki Ksawery de Maistre napisał książkę pod tytułem: "Podróż dookoła mojego pokoju". Bowiem, jak pisał Paweł Hertz: "Intensywność życia nie polega na tym, czy my poruszamy się w świecie, czy też świat porusza się wokół nas". Otóż właśnie! Taki przewodnik Nyki mógłby czytać ktoś, kto w ogóle nie zamierza chodzić po Gorcach. Myślę, że wystarczyłoby to w zupełności. Czasem żałuję nawet, że tego właśnie nie zrobiłem. Jeśli natomiast chcemy wędrować, czy koniecznie musimy znać wysokości pobliskich szczytów, nazwy przełęczy, grzbietów i przysiółków, aby dobrze poznać góry? Ponieważ zamieszkałem w górach dosyć późno, popełniłem klasyczny błąd neofity, chciałem jak najszybciej nadrobić zaległości, czyli w możliwie najkrótszym czasie "zaliczyć" jak najwięcej górskich szczytów, z Turbaczem oczywiście na czele. Studiowałem mapy, wyznaczałem kolejne cele, polowałem na rozległe panoramy, jakby to za chwilę miało wyjść z mody. A po drodze gubiła mi się gdzieś sama istota i sens bycia w górach. Poszukiwałem coraz mocniejszych wrażeń, zdradzałem Gorce na rzecz Pienin, Babiej Góry, Beskidu Sądeckiego, Niskiego i Tatr, a nawet Gór Świętokrzyskich!

W Gorce oczywiście powróciłem, ale w międzyczasie nabrałem do nich dystansu i uświadomiłem sobie, że ilekroć na nie patrzę, widzę je nie tylko swoimi oczami. Czytając o Gorcach stworzyłem sobie w wyobraźni ich obraz, który ciągle noszę pod powiekami i który cały czas podkłada mi się w sposób trwały i nieprzerwany, jak basso continuo pod rzeczywisty i migotliwie zmienny widok tych gór. Może rzeczywiście jest tak, jak pisał Sandor Marai w swoim "Dzienniku": "Opis krajobrazu więcej mi mówi niż krajobraz, który opisano".

*

Opuszczając świerkowy las porastający szczyt Gorca, wychodzimy na wielką polanę nazywaną Gorcem Młynieńskim. Otwiera się przed nami rozległa panorama w kierunku Lubania, Beskidu Sądeckiego i Tatr. Schodząc do Ochotnicy lub Młynnego, mijamy przed Mraźnicą ułożony z kamieni prowizoryczny "niby-ołtarz". Nie sposób nie zauważyć, że na jednym z większych głazów widnieje namalowana białą farbą data: "2 VIII 1983". Dla idących obok wędrowców niewiele ona znaczy, mogą się tylko domyślać, że wtedy właśnie erygowano ów ołtarz. Ze mną jest nieco inaczej, bo ta data mocno wryła się w moją pamięć. Z niejakim zresztą wzruszeniem odczytałem ją po przeszło dwudziestu latach i nawet nie myślałem, że ten ołtarz jeszcze stoi. To pamiątka po biwaku i noclegu pod gołym niebem naszej grupy oazowej w tym miejscu z 2 na 3 sierpnia 1983 roku. Te kamienie nosiliśmy z pobliskiego lasu, a przyszliśmy tutaj na piechotę z... Łukowicy. To dziwny zbieg okoliczności, który do tej pory nie daje mi spokoju i rzadki przypadek, aby mieszkać na stałe w miejscu, gdzie kiedyś spędzało się wakacje. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, siedząc przy ognisku i patrząc na majaczące na tle rozgwieżdżonego nieba, ciemne masywy Cichonia, Ostrej i Modyni, że patrzę jednocześnie w swoją przyszłość.

Ksiądz, nasz oazowy opiekun i pomysłodawca budowy kamiennego ołtarza, był wcześniej wikarym w Kamienicy, doskonale znał okolicę i po drodze zachodził w naszej asyście w odwiedziny do swoich byłych parafian. Wstąpiliśmy więc do państwa Syjudów, mieszkających już prawie w lesie, w ostatniej zagrodzie przy drodze na Gorc z Zasadnego. Kiedy rozbiliśmy już obóz na Gorcu Młynieńskim, ksiądz posłał kilku chłopaków z powrotem do Syjudów, ale po co już nie pamiętam. Ważniejsze było to, że po chwili, kiedy moi koledzy zniknęli już w lesie, kapłan przypomniał sobie, że przydała by się nam jeszcze siekiera. Popatrzył na mnie i oznajmił, że na pewno chłopaków jeszcze dogonię. Popędziłem za nimi, ale dogoniłem dopiero na dole, kiedy siedzieli u Syjudów w kuchni, w starym jeszcze, drewnianym domu. Ja ich nie dogoniłem, ale jestem pewien, że w tym właśnie momencie, kiedy sam szedłem przez las na Gorcu, potem polaną Gorc Kamienicki i znów ścieżką przez las w dół - dogoniły mnie właśnie Gorce. To była ta "chwila oderwana", czy "stop time", jak mawiają jazzmani i przeżycie niemal metafizyczne. Będąc człowiekiem, jako się rzekło wcześniej, wychowanym z daleka od gór, nie byłem na nie przygotowany, w końcu też, znalazłem się sam w obcym zupełnie terenie. Idąc wcześniej w grupie, jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, niewiele z mijanego krajobrazu zdążyłem przyswoić. Teraz szedłem tą samą ścieżką, ale to, co dookoła widziałem po raz pierwszy w życiu. Pamiętam, że największe wrażenie zrobił na mnie ogromny las świerkowy porastający jeszcze wtedy gęsto szczyt Gorca. Ciemny, poprzecinany smugami światła kojarzył mi się z czymś dzikim i pierwotnym. Czułem wręcz jego zimny, wilgotny oddech. No i zapach. Nie wiedziałem wtedy, że Gorce mają swój własny, niepowtarzalny zapach. Tego wrażenia nic już później nie zatarło.

Na drugi dzień zaczęło mocno padać, w zasadzie poznałem co to znaczy prawdziwa, górska ulewa, kiedy ziemię z niebem łączy lita ściana wody i w końcu nasz ołtarz nie posłużył do celu w jakim go zbudowaliśmy. Schodząc z Gorca zatrzymaliśmy się w drewnianym szałasie, którego ślad widziałem jeszcze po latach. Na polanie pasły się owce. W szałasie rozmawialiśmy z ich właścicielem.

Mokre trawy do kolan, maliniak na porębach
Wyższy od człowieka, chmura, u stoku, w chmurze
Czarny las,
I pasterze w średniowiecznych skórzniach nam
Na spotkanie schodzili.
Czesław Miłosz
z tomu "Hymn o Perle"

Na Kleninę idzie się z Kamienicy przez Las Kołbany, lub Kubany, albo Kółbany. Tak to jest właśnie z nazwami. Nigdy nie wiemy, czy ta akurat wyczytana z mapy lub starego przewodnika Nyki jest tak naprawdę właściwa. Jak łatwo zmienić bezkarnie nazwę, obrazuje najlepiej przykład góry, którą mam teraz za oknem. Ktoś dopisał trzydzieści lat temu jedną literkę, bagatelka, do pradawnej nazwy Skiełek i teraz mamy dwie wymiennie stosowane i już historyczne nazwy: Skiełek i Szkiełek, w zależności od tego do jakiej mapy zajrzymy.

Klenina to jeden z najpiękniej i najwyżej położonych przysiółków w Gorcach. Kilkanaście domów mieści się w małym zagłębieniu porośniętego świerkami grzbietu idącego od Wierchu Młynnego aż do Osobia w Ochotnicy Dolnej. Ale znowu, w pierwszym swym przewodniku Nyka wspomina stare mapy, gdzie było "Klinina". Sam pisze "Klanina" i wywodzi tę nazwę od lasku klonowego. Dzisiaj można tutaj dojechać samochodem, najpierw, jakieś trzy kilometry asfaltem, a potem żwirową drogą. Raczej drogami, bo te w lesie się rozwidlają. Dawne to czasy, kiedy o takich przysiółkach mawiano, że są odcięte od świata albo "weprane w zaświaty". Dzisiaj, tak jak wszędzie indziej, trwa tutaj ruch budowlany. Szedłem kiedyś na Kleninę od Przełęczy Wierch Młynne, przez Zdżar, tym razem postanowiłem podejść od doliny Potoku Cisowego pod Działek. W lesie minęły mnie dwa auta z napędem na cztery koła. Był początek lata, ale już dojrzewały borówki i "rozkoszą w ustach była rozgrzana słońcem poziomka" - jak pisał Pagaczewski. Na skłonie stromego zbocza starszy gospodarz kosił trawę. Przerwał na chwilę zajęcie, kiedy wyszedłem z lasu i stojąc w trudnej pozycji, z szeroko rozstawionymi nogami, patrzył, obowiązkowym zwyczajem na przybysza, dopóki nie zniknąłem za zakrętem. Nieco wyżej jakaś rodzina składała siano w kopy koloru umbry palonej. Droga prowadziła z lasu przez polanę w dolinę potoku, gdzie stały ciasno zagrody. W pewnym momencie znalazłem się nawet na podwórzu jednej z nich i nie mogłem odnaleźć dalszego ciągu gościńca. Na lewo miałem duży, drewniany dom i ciasno dobudowaną stajnię, na wprost dużo jeszcze większą, murowaną z pustaków stodołę, a na prawo ścianę drzew i krzewów. Dopiero po chwili zauważyłem, że wśród nich wije się w górę wąska ścieżka. Drogi nie ma, dobre i to. Kiedy znalazłem się wyżej, idąc bukowym zagajnikiem, usłyszałem śpiew, który dolatywał z okna chałupy, którą teraz widziałem z wysokości. Ktoś śpiewał, ale to nie było radio. Rozchyliłem gałęzie i dostrzegłem w kuchennym oknie jakiś miarowy ruch zgarbionej postaci. Widocznie jakaś babcia nuciła gorczańskie pieśni nad kołyską dziecka.

Ścieżka wyprowadziła mnie na łąkę ogrodzoną żerdziami. Znowu byłem w kropce. Ruszyłem przez nieskoszoną jeszcze trawę do ogromnej kępy wierzbówki kiprzycy. To moja ulubiona roślina o tej porze roku, bo ten swoisty kalendarz lata, ma jeszcze swe bordowo-fioletowe kwiaty w dole łodygi. A za kępą wierzbówki i ogrodzeniem szła sobie dalej, jakby nigdy nic, zgubiona przed chwilą droga. W Gorcach nawet drogi mają swoje, nieodgadnione tajemnice. Piąłem się więc dalej w kierunku grzbietu Tworogów, już nawet nie wspomnę, że u Nyki są to Twarogi. Ale niestety, w tym miejscu zawiodła mnie czujność i spostrzegawczość. Rozleniwiony i odurzony słońcem, zapachami i widokami, bo w tym momencie miałem już przed sobą panoramę na dolinę Kamienicy w kierunku Zabrzeży, nie rozglądałem się zbyt uważnie dookoła. Dzisiaj mogę tylko żałować. To był ułamek sekundy. Kątem oka dostrzegłem jakiś kształt na pobliskiej kopie siana, który poruszył się i zniknął. Zdołałem zarejestrować jedynie kolor, był brązowy i połyskiwał w słońcu, jak szyja koguta. W pierwszym odruchu pomyślałem nawet, że to jakaś duża kura. Po chwili ujrzałem sylwetkę ogromnego ptaka w locie, która wyłoniła się łagodnie spoza drzew. Sprytne ptaszysko nie poderwało się w górę, jak byłoby najłatwiej, ale dało nura za kopkę i spłynęło łagodnie w dół jak latawiec, żeby dopiero w bezpiecznej odległości podnieść stery przed ścianą lasu. Teraz na obserwację miałem już więcej czasu, aczkolwiek nie na tyle, aby zdążyć zrobić zdjęcie. Zauważyłem białe plamy pod skrzydłami, ale najbardziej rzucały się w oczy rozczapierzone jak palce, lotki na ich końcach. Co to było? Orzeł przedni?

Stałem chwilę pod lasem na Działku, próbując ochłonąć, po dawce nagłych emocji, jak z westernu Sergio Leone. Dokładnie tak to wyglądało: nic się niby nie dzieje, długie najazdy kamery na sielski krajobraz, nuda i głęboka cisza, aż nagle "bam", błysk, grom i zanim ktokolwiek zdąży się zorientować, co się dzieje, znowu spokój i letarg. Ludzie w kinie patrzą po sobie, z pytaniem w oczach, bo nie są pewni, co tak naprawdę widzieli przed chwilą. Tylko, że ja byłem w tym kinie sam i to "bam" odbyło się w idealnej ciszy. Dookoła nic się nie zmieniło. Starszego gospodarza już stąd nie było widać, ale ludzie na przeciwległym zboczu dalej kopili siano. W dole jechał czarny volkswagen, świeciło słońce, po nodze szła mi biedronka. W takiej scenerii orzeł przedni i do tego na trywialnej kopie siana? Tak po prostu?

Ale nadejście cywilizacji ma też swój wymiar estetyczny. Świat nędzarzy orkanowych i wychudłych modeli Kulisiewicza z węźlastymi dłońmi jak z postronka odszedł wraz z zapadłymi w otchłannym, wiecznym błocie prasłowiańskimi chatami z grubych, zszarzałych płazów, półkurnych nieraz, woniejących dymem i sianem. Wstydząc się trochę, ale po cichu tego wszystkiego żałujemy, gdy patrzymy dzisiaj na rozrzucone po górach bezładnie, kryte błyszczącą albo czerwoną blachą i pewnie widoczne nawet z Księżyca, piętrowe, murowane domy.

Dumałem nad tym jedząc kanapkę, pijąc herbatę z termosu, patrząc na falujące zboże i ludzi w dole wciąż zajętych układaniem siana w kopki, które stąd wydawały się przeczyć prawom grawitacji. Ale ale, mój wzrok wędrujący po nieboskłonie swobodnie, wrócił bezwiednie od szczytu Mogielicy w dół, bo tam nie napotkał znajomego, białego punktu. Zaraz, jeszcze raz, wszystko się zgadza: górki i grzbiety są na swoim miejscu, drogi również, jestem na Kleninie, ale coś tutaj jest nie tak. Boję się myśleć o najgorszym, szukam jakiegoś wytłumaczenia, ale przecież widzę wyraźnie, a raczej nie widzę kapliczki!

Tak, to był właśnie cel mojej wędrówki na Kleninę. Poprzednim razem, kiedy tutaj byłem, lekkomyślnie odłożyłem rysowanie i fotografowanie tego zabytku na kiedy indziej, nawet nie wiem dlaczego. A teraz piękna, murowana kapliczka, która już w czasach Nyki uchodziła za "starożytną" i miała, być może ponad sto pięćdziesiąt lat, jest już tylko wspomnieniem. A jak słusznie mawiał Cartier-Bresson nie można sfotografować wspomnienia. Stoję i patrzę z niedowierzaniem na to, co po niej zostało. Sterta kamieni i kwadratowy obrys fundamentu, obok zwał ziemi przekopany koparką i prowizoryczny, drewniany słup z zawieszonym pudełkiem, które nawet nie próbuje udawać kapliczki. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu kogoś, kto wytłumaczyłby mi całą sytuację, ale nikogo nie widzę. Nawet ludzie od siana gdzieś się pochowali. Tak, Gorce nadal kryją wiele tajemnic, wciąż dopisując do przewodnika Józefa Nyki postscriptum, które nie zawsze przystaje do naszych wyobrażeń i najśmielszych przewidywań...

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej