Jacek Sejmej

Inteligent — autokrata, despota, narcyz i niekoniecznie poprawny politycznie ignorant z dużym dystansem i niekonwencjonalnym podejściem do życia. Z wykształcenia nikt, z zamiłowania leń, z wyboru pisarz-publicysta-felietonista-amator, z życiowej konieczności barman w jednej z okolicznych knajp.

 


 

Iluzjonista


Naucz nas dbać
I nie dbać;
Naucz nas milczeć.
T.S.Elliot

1.

Nie spotkałbym go teraz, w taką pogodę, choć zwykle deszcz nie przeszkadzał mu wcale, bo chodził między kroplami z podniesionym kołnierzem kurtki, żeby woda nie płynęła mu po plecach. Parasola nie używał, ta kurtka, którą kiedyś znalazł na wieszaku i po prostu ją założył, wystarczała mu w zupełności.
Tak mówił. Że chodzi między kroplami i na niego nie pada. Wchodził do knajpy z rękami w kieszeniach kurtki, papierosem w ustach, a woda lała się z niego strumieniami, buty mokre, że aż chlapało, a ten nic, najnormalniej w świecie siadał przy stoliku, wieszał kurtkę na oparciu krzesła i zamawiał swoją rozpuszczalną, dużo mleka, dużo cukru. Deszcz kapał mu z włosów na papierosa, a on siedział i robił jakieś cuda z serwetki albo wyciągał książkę i czytał. Albo pisał coś na serwetce, a później miął ją i wyrzucał do popielniczki. Zapytałem go, czy się nie boi, że się przez ten deszcz przeziębi, czy mu nie szkoda kasy na leki.

- Nie wierzę w takie bzdury — powiedział. - Przeziębienie nie istnieje. To znaczy istnieje, ale ludzie sami sobie je wmawiają. Deszcz i temperatura nie mają tu nic do rzeczy. - tak powiedział. I rzeczywiście, nikt nigdy nie widział, żeby chorował. Nawet kataru nie miał. Mówił, że jak był mały, to miał ospę wietrzną, majaczył w gorączce i skóra mu schodziła z dłoni, ale poza tym, to nie pamięta, żeby mu się coś kiedyś działo.

Czytał cały czas tą samą książkę. Dosyć gruba, ładnie wydana. Brązowa niby-skóra na okładkę, tytuł i inne napisane złotymi literami plus jakiś wzorek. Powiedział mi kiedyś, że ma ją od kumpla. Dała mu się ukraść. Bo książek się nie kradnie, one dają się ukraść. Tak mówił. Leżała u kumpla na półce i prosiła go, żeby ją wziął. No to wziął i ma. Tamten kolega straty nawet nie zauważył. A on się cieszy i czyta. Chyba już ze trzy lata.

Znalazłem kiedyś jedną serwetkę, na której coś napisał. No dobra, nie znalazłem. Czekałem, aż jak zwykle, nie wiadomo kiedy i dlaczego wstanie i pójdzie, i wyciągnąłem serwetkę z popielniczki. Czułem się trochę jak złodziej. Czekałem ze dwie godziny, a on siedział, palił i gapił się w blat stolika. Już miałem zrezygnować, gdy ten nagle wstał i wyszedł. Usiadłem przy jego stoliku i rozwinąłem serwetkę. Do dziś pamiętam, co tam było napisane.

Sens snu zagubiony w dymie któregoś z kolei papierosa bezsenności ulatuje przez szpary w oknie, którego historia zaczyna się równo z poczęciem świata, który się za nim znajduje. Autobusy, przechodnie, gra światła i cienia, wszystko wyświetlane za brudną szybą, ilość klatek na sekundę zależna od... Mało ważne od czego.

Obraz za oknem ogarniany przez wzrok tętni życiem cały czas. Tyle historii rozegrało się na tym miniaturowym skrawku rzeczywistości, tyle żyć związało z nim swoje losy, a jednak wszystko ulotne, a jednak wszystko na nic; wszystko niedostępne, wszystko zza szyby.

Nie ma tu moich przyjaciół, nie ma starych znajomych. Od święta jakaś dziewczynka popatrzy z chwilowym zaciekawieniem na żarzący się punkcik za taflą szkła i pomacha do mnie dłonią w wełnianej rękawiczce. Śmierć na raka raczej nie wchodzi w grę.

Ćma odbija się od szyby, nie mając pojęcia, że to okno będzie jej całym światem do końca jej szamoczącego się życia.

Gdy skończyłem czytać, on już stał nade mną i patrzył.

- Co o tym myślisz? - zapytał. Powiedziałem, że nie wiem. Ale podoba mi się bezosobowość postaci i bezmiejscowość miejsca, bo sam mogę sobie wymyślić kto, gdzie i dlaczego. Uśmiechnął się lekko.

- Okno, sto pięćdziesiąt słów. - powiedział i wyszedł.

2.

Każdy zna Iluzjonistę. Każdy, a nawet wszyscy. Ale żeby ktoś coś o nim powiedział raczej się nie zdarza. "Tak, znam go, dziwny gość" albo "Widziałem go wczoraj, siedział na ławce, palił papierosy i gapił się w chodnik". Nic wiele.

No owszem, każdy wie, że on to on, że to jest Iluzjonista, że tak na niego wołają. Jeśli wołają, oczywiście. Każdy wie, że gdzieś tam mieszka, że coś tam robi, że bywa, że chodzi, ale gdzie mieszka, co robi, dokąd chodzi, czy cokolwiek - tego nie wie nikt. Chociaż może gdyby zapytać jakichś zwykłych ludzi, tych, którzy codziennie noszą torby z zakupami, wracają z pracy, jeżdżą autobusami, gotują obiady, może gdyby zapytać statystyki, to ukazałyby jakieś szczegóły, konkrety, na których można by zbudować jakąś wyraźną, namacalną rzeczywistość. Ale gdyby ich zapytać, to z pewnością nic by nie powiedzieli, bo dla nich Iluzjonista jest tylko kolejnym przystankiem między pracą a dziećmi odbieranymi ze szkoły i tak to właśnie wygląda.

Co ja mogę powiedzieć o Iluzjoniście? Bo ja wiem... Chyba tyle, co wszyscy. Chociaż czasami wydaje mi się, że znam go lepiej, że trochę go rozumiem, jak wtedy, kiedy siedziałem sam przy barze i sączyłem leniwie piwo przez rurkę, bo nie chciało mi się podnosić kufla. Podszedł do mnie, przysiadł się, niezdarnie gramoląc się na wysokie, barowe krzesło, chyba nawet obił sobie kolano albo coś podobnego, bo słyszałem tępe uderzenie, ale po nim nie było widać nic, żadnej reakcji, jakby go to nie dotyczyło, jakby to kolano czy coś podobnego wcale nie było częścią niego, albo zwyczajnie się nie uderzył, a ja dorobiłem sobie ideologię do tępego dźwięku... o czym ja to? Acha, no więc przysiadł się z nieodłącznym papierosem żarzącym się między wargami i zaczął opowiadać. Nie umiem tego powtórzyć, to było jak doskonała muzyka grana na bieżąco, improwizacja jak w jazzie, ciągnął swój monolog jakby mnie tu wcale nie było, ale on wiedział, że byłem i choć nawet na mnie nie popatrzył, tylko składał z serwetki jakieś samozwańcze origami, to cały czas, nieprzerwanie zwracał się do mnie, jakby to było coś osobistego, coś, co miałem usłyszeć tylko ja i chyba rzeczywiście tak było, bo docierało do mnie to, co mówił i jemu się to wyraźnie podobało, bo inni nie rozumieli go wcale.

Mówił coś o władzy, o tym, że człowiek chce korygować, naginać rzeczywistość dla własnych potrzeb, tymczasem to sprzeczne z naturą rzeczy, a ja popatrzyłem dyskretnie na jego dłonie. Były brzydkie, palce chude, długie, nieforemne. Dłoń filozoficzna, wiem, bo przeczytałem kiedyś o tym w jakiejś książce o chiromancji i innych bzdetach. Ale najbardziej zaciekawiły mnie ich ruchy. Były pewne i zdecydowane, dokładnie wiedziały, co chcą zrobić, a przy tym cały czas, nieprzerwanie drżały. Drżały. No trzęsły się zwyczajnie. Delirka, pomyślałem, albo nerwy mu nie wytrzymują, albo nie jadł nic od rana, co u niego jest dosyć normalne, zapomnieć czegoś zjeść i cały dzień żyć o paczce fajek; i nie mógł mnie widzieć, nie mógł widzieć, że patrzę mu na dłonie, bo gapił się w tą swoją serwetkę, którą pozawijał tak, że była podobna zupełnie do niczego, gdy ten powiedział nagle, bez kontekstu, bez płynnego przejścia z tematu na temat, bez żadnego ostrzeżenia i jakby czytając mi w myślach, powiedział:

- Ręce trzęsą mi się odkąd pamiętam, od zawsze, nic na to nie poradzę. Na trzeźwo, po pijaku, jak jestem głodny, jak jestem najedzony, jak mam paczkę fajek w kieszeni i jak nie palę nic trzeci dzień. Tak po prostu mam i tyle. - I ciągnął dalej poprzedni wywód, jakby wcale go nie przerywał. Zrobiło mi się wtedy głupio i skupiłem wzrok na kuflu, który przede mną stał, wszystko, byle znowu na nie nie popatrzeć, ale on nie wyglądał na urażonego. O tym, że nigdy się nie denerwuje i nigdy za nic nie obraża miałem dowiedzieć się później, jak sobie poszedł i barmanka powiedziała mi, żebym się nie przejmował, więc, żeby się jakoś zrehabilitować, zapytałem czy coś chce, piwo, albo cokolwiek.

- Kawę rozpuszczalną, dużo mleka, dużo cukru. - rzucił bez skrępowania między słowami monologu, po czym zgasił papierosa i kontynuował wywód.

3.

Nie widziałem go nigdy z kobietą. W sumie nie ma się czemu dziwić, bo nie dość, że był dziwny, to jeszcze nieśmiały, a jak już się odzywał, to absolutnie szczerze i bezpośrednio. Mimo to opowiedział mi kiedyś o jakiejś kobiecie, że znał, ale to przeszłość. Że miała ciemne włosy, brązowe oczy i była inteligentna. Że trochę żałuje, że nie zna się na modzie i innych takich, i że taka okropna z niego gapa, bo nie mógł w pełni docenić jaka była elegancka, kulturalna, miła, dobra, i że nie zauważał wszystkiego, co dla niego robiła. Że pewnego dnia wszystko się skończyło i nie przejął się tym, bo jeśli coś się dzieje, to znaczy, że coś ma się dziać właśnie w ten sposób. I że jednak sentyment mu pozostał.

To samo powtarzał, jak któregoś dnia Łysy chciał dać mu w mordę. Pewnie za darmo, za to, że był inny, żeby go ośmieszyć, nie wiem. Łysego bali się wszyscy, więc nikt nie kwapił się, żeby Iluzjoniście pomóc. Ja też. Ze strachu, co tu dużo mówić. Łysy chwycił go za kurtkę i mówił coś do niego, a on słuchał, patrząc mu w oczy, bez cienia strachu. Dostał raz, jakoś w kość policzkową, spuchła momentalnie, głowa odskoczyła jakby miała odpaść, ale po chwili wróciła do poprzedniej pozycji i dalej patrzył Łysemu w oczy. Następny cios przeciął mu łuk brwiowy i strużka krwi popłynęła mu po spuchniętym policzku. Wtedy wszedł ten duży gość, którego nigdy wcześniej nie widziałem, a po tym incydencie zobaczyłem tylko raz. Chwycił Łysego za kark i wyprowadził przed knajpę. Łysy leżał tydzień w szpitalu ze wstrząsem mózgu i nigdy więcej na Iluzjonistę nie popatrzył.

Podszedł wtedy do mnie i poprosił, żebym potrzymał mu kurtkę, bo krew ciężko wyprać, a szkoda mu jej. Kurtki, nie krwi. I że trzeba uważać, żeby krew nie zalała oka, bo można stracić wzrok. Przemył ranę, przyłożył kawałek papieru toaletowego i przykleił taśmą klejącą, którą dostał od barmana. Siedzieliśmy później przy stoliku i mówił, że nie ma do mnie żalu o to, że mu nie pomogłem. Mówił, że nie było sensu, bo nic bym nie zdziałał. I że strach to nie wstyd, bo każdy się boi. Nawet Łysy, tylko czego innego i dlatego bije ludzi, żeby zamaskować strach przed czym innym. Miał rację. Wtedy też opowiedział mi o tej kobiecie.

4.

Chyba lubił mnie bardziej, niż innych. Może nawet w jego mniemaniu byłem jego przyjacielem. Takie w każdym razie odniosłem wrażenie, kiedy widziałem go ostatni raz. Siedział na ławce w parku, palił te swoje mocne i gapił się w chodnik. Gdy przechodziłem, krzyknął niezbyt głośno w moja stronę, żebym podszedł i nawet wzroku nie podniósł. Podszedłem, bo zawsze ciekawiło mnie co tym razem opowie, podszedłem więc i stanąłem obok ławki. Przez chwilę się nie odzywał, tylko gapił się pod nogi, jakby mógł się potknąć na siedząco, aż powiedział w końcu:

- Patrz, jak się uwijają. To dopiero totalitaryzm. Fanatyzm. Jak u Orwell'a. Każda z nich wierzy, wyznaje i propaguje swoją religię. Każda nie uznaje niczego poza nią i każda bez wahania oddałaby życie za sprawę. Każda oddaje życie, bo tak czy inaczej czeka je to samo aż do śmierci. Boże, chroń Królową. O ile mrówki w ogóle wierzą w jakiegoś Boga.

Dopiero teraz to zauważyłem. Nie gapił się w chodnik, gapił się na mrówki. Przyglądał się miniaturowemu życiu i palił papierosy. Chciałem cofnąć nogę, bo stanąłem butem na dużym kawałku tego mrówkopolis, ale nagle coś mnie tknęło i pomyślałem, że nie zrobię tego. Jestem dla nich naturalną przeszkodą, z którą muszą sobie poradzić. Iluzjonista popatrzył na mnie z rozumiejącym uśmiechem. Tak, mówił mi o tym. Popatrzył na mnie chyba pierwszy raz w życiu. Miał średniej wielkości zielone oczy, nawet ładne, szczere i czyste. Wyciągnął zza pazuchy książkę, którą zawsze czytał i podał mi ją. Powiedział wtedy:

- O nic cię nigdy nie prosiłem, niczego nigdy nie wymagałem. Jednak ty jeden zawsze byłeś dla mnie dobry i zawsze słuchałeś mnie z powagą. Zdaję sobie sprawę z tego, że dziwny ze mnie człowiek i dziwne mogłem budzić emocje, a z reguły budziłem śmiech, ale nie u ciebie. Dlatego mam prośbę do ciebie, bo ty jeden traktowałeś mnie poważnie. Popilnuj tej książki dla mnie, bo to dobra książka i nie chciałbym, żeby przepadła podczas mojej nieobecności. Bo wiesz, muszę na jakiś czas wyjechać. Nie wiem ile mnie nie będzie i dlatego proszę, żebyś pilnował jej do mojego powrotu. Bo kiedyś wrócę i ty będziesz wiedział kiedy. Wtedy oddasz mi tą książkę. A teraz idź, proszę, mam jeszcze sprawy do załatwienia - i wbił wzrok w mrówki, a ja stałem tak przez chwilę, aż w końcu poszedłem, bo nie wyglądało na to, żeby miał mi coś jeszcze do powiedzenia.

To był wrzesień, pamiętam, bo robiło się zimno, ale jeszcze można było wytrzymać bez zimowej kurtki. Pamiętam też, że przez dwa tygodnie przed tym były straszne upały i regionowi groziła klęska suszy. Pamiętam to wszystko dokładnie i pamiętam też, że trzy dni później pogrzeb Iluzjonisty odprawił ksiądz, którego nigdy wcześniej nie widziałem.

5.

"Iluzjonista umarł na jesień", tak mówią ludzie. Na jesień. Lekarz mówił, że na zapalenie płuc. Mówił, że takiego czegoś nie widział nigdy w życiu. Mówił, że takimi płucami można by smołę ubrudzić, że chłop powinien nie żyć już piętnaście lat temu. Nie miał żadnej rodziny, więc lekarze chcieli dać jego zwłoki na jakąś uczelnię, jako eksponat, ale wtedy nagle zjawili się ludzie podający się za rodzinę i pochowali go po chrześcijańsku. Iluzjonista nie wierzył w Boga. Chyba w ogóle w nic nie wierzył. Ale powiedział, że chce pogrzeb chrześcijański. Wiem, bo byłem na tym pogrzebie. To była dziwna ceremonia. Było bardzo gorąco. Było dużo dziwnych ludzi i dziwny ksiądz. Dziwni ludzie przyjechali samochodami z dziwnymi rejestracjami i kompletnie nic z tego nie rozumiałem.

Po pogrzebie, kiedy wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić, jakiś wysoki, postawny mężczyzna podszedł do mnie i zmierzył od stóp do głów. To był ten sam gość, co wtedy wyprowadził Łysego.

- Ty masz książkę? -zapytał.

- Ja mam książkę - odpowiedziałem. Już nic mnie nie zdziwi.

- W takim razie pilnuj jej - powiedział i poszedł razem z innymi.

Chciałem wracać do domu, zaczęło robić się zimno, wiał mocny wiatr i zza gór zaczęły wyłaniać się czarne chmury. Myślałem tylko o gorącej herbacie i jakimś filmie w telewizji, gdy pod bramą cmentarza znalazłem pomiętą serwetkę. Rozwinąłem ją i to, co na niej przeczytałem również pamiętam do dziś.

Wybacz, że nie odbierałem. Byłem na pogrzebie. Kondukt żałobny ciągnął się powoli, do głębi poruszony słowami kazania, do głębi znudzony mszą, ciągnącą się niczym kondukt żałobny. Charczące głośniki wypluwały z siebie niezrozumiałe słowa pieśni, jakby chciały naśladować rzężenie umarłego, wiekowa membrana odgrywała groteskową parodię strun głosowych, podróżujących w trumnie na przedzie pochodu.
Smutni znajomi z tyłu, smutni znajomi z przodu, wszyscy śpiewają żałobne pieśni, chociaż część mruczy tylko pod nosem, porusza bezgłośnie ustami, a niektórzy nawet tego nie robią; smutna pieśń jednak daje się słyszeć, bo gdy popatrzeć ludziom w oczy, wszyscy smucili się, śpiewając własne piosenki.

Trumna wrzynała się niosącym w ramiona, a pogoda jak na złość dopisywała. Słońce prażyło przyjemnie, ciepły wiatr owiewał twarze. Ziemia była sucha, od jakiegoś czasu nie pada, więc nikt nie pobrudził sobie butów. Miałem ochotę zastrzelić głośniki.

Ksiądz mówił coś nad spuszczoną trumną, ale już nie słuchałem. Patrzyłem tylko na kwiaty na wieku, konsekwentnie zasypywane ziemią. Ktoś nie wytrzymał i załkał nieporadnie, nie widziałem kto, ale raczej kobieta. Niepotrzebnie.
Ksiądz odjechał, grabarze zabrali łopaty. Ludzie rozeszli się, jedna tylko osoba została przy grobie. Zapaliła pojedynczy znicz, postała jakiś czas i odeszła.
Nie byłem na stypie. Nie lubię takich imprez. Mam tylko nadzieję, że nie było zbyt smutno.

Wybacz, że nie odbierałem, byłem na pogrzebie. Nie pytaj kto umarł. To krępujące dla nas obojga.

Kiedy skończyłem czytać, odwróciłem się w stronę grobu. Na świeżo ubitej ziemi stał jeden znicz, a kobieta już szła w moją stronę. Ciemne włosy, brązowe oczy. Była piękna. Przystanęła przede mną i popatrzyła na serwetkę w mojej dłoni. Uśmiechnęła się lekko i trochę na siłę, po czym minęła mnie i poszła do swojego samochodu. Nie miałem wielkich perspektyw, ruszyłem więc w stronę domu.

Ulewa zastała mnie w połowie drogi do knajpy. Podniosłem kołnierz kurtki i naszła mnie ochota na kawę z mlekiem.

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej