18 33 72 140
Limanowa, ul. Matki Boskiej Bolesnej 13
- A +

Aleksandra Pociecha

Od zawsze interesuję się sztuką i od dłuższego czasu staram się ją sama czynnie tworzyć. Piszę wiersze (z gatunku refleksyjne), wykonuję biżuterię techniką soutache, posiadam zdolności wokalne (członek dwóch chórów), aktorskie (występy w wielu przedstawieniach, również konkursowych, a nawet zajęcie pierwszego miejsca przedstawiając spektakl z grupą rówieśników, którego scenariusz był w całości mojego autorstwa) stąd również napisana została przeze mnie już duża część mojego autorskiego dramatu. Swoich sił próbowałam również w recytowaniu poezji. Zajęłam pierwsze miejsce na wielu konkursach. Bardzo chciałabym się rozwijać i dzielić swoimi pasjami z innymi.

 


 

Niemoc zaklęta w zimnie granitu

Nie liczę na Ciebie
Zamykam drzwi
Mój mały świat
złe sny.

Nie patrzę na Ciebie
Odwracam wzrok
Dotykam dna
uśpiony głos.

Dwa słowa modlitwy.
daj Panie.

Nie szukam Ciebie
Błądzę gdy zmrok
Nie czuję zimna
Trwa noc.

Nie czekam Ciebie
Zapałki w dłoni
Zimno granitu
czas już nie stoi.

dwa słowa modlitwy.
daj Panie...

Nie czuję Ciebie
parują łzy.
Nie słyszę Ciebie
drżą ręce.

Dwa słowa modlitwy.
daj Panie.
Daj dzisiaj już tylko.

Wieczne Odpoczywanie.

 

Posłuchaj ciszy

Kiedy zabłądzisz
Na życiowej drodze
Nie szukaj zrozumienia
Wśród zabłąkanych dusz.

Posłuchaj ciszy.
W niej jest Bóg
Twój nauczyciel miłości.

 

Kulisy samotności

Samotność jest jak grzmot
Gdy w przeraźliwej ciszy
Łza delikatnie pieści 
Posadzkę ciemnej nocy.

Samotność tkwi nierzadko
W nadmiernym tłumie ludzi,
Którzy już zapomnieli
Gdzie mieszka Twoja dusza.

Samotność jest to ptak
Zamknięty w klatce złudzeń,
Że ktoś Go jeszcze szuka.

Samotność to też Ty
Ukryty w samym sobie.
To właśnie gorzkie łzy
Z Twoich zmęczonych powiek
Gdy niespełnione sny
Zabija bliski człowiek.

 

Potrzaskana układanka

Tyle huku, trzasku, świateł,
Makijażów roztańczonych.
Oplatają wszystkim twarze!
Tyle pędu, biegu po nic
I pretensji do wariatów.

Tyle smutku z tej radości,
Tyle wojen o rok sławy.
Jakże wiele ofiar krwawych!
Psychologów wyścig z czasem,
A rodzina gdzieś uśpiona.
Pęka jak kieliszek rdzawy.

Coraz więcej jest przepaści
Przeraźliwie pustych oczu.
Tyle myśli w kołowrotku,
Marzeń tuzin nad tuziny.

Ile jednak zwykłych osób?
Kto zapyta:
Czy my aby nie grzeszymy?

 

* * *

Gdybyś był moim oddechem.
Gdybyś tlenem stał się dziś
Tak byś w żyły moje wstąpił,
Prosto byś do mego serca,
Gdybyś zechciał,
Szedł, w nim tkwił!

Gdybyś był moimi łzami.
Gdybyś był tą wodą słoną,
Płacząc spływałbyś ustami,
Stawałbyś się pocałunkiem
Wilgocącym moje wargi.

Gdybyś był oka źrenicą,
Gdybyś był cząstką zwierciadła,
Lustrzanym moim odbiciem,
Wtedy razem - tacy sami
Bylibyśmy jednym ciałem
Jakby dwoje jednym życiem.
Wspólnym serca kołataniem,
Jednakimi wnętrz myślami,
Połączeni wspólną duszą,
Jednym sensem
opętani.

 

Woda żywa

Podpisany wartością
równą kropli rosy,
która już niebawem
wzniesie się ku niebu
by znów spaść
nim powstanie
przed upadkiem
za zaledwie jedno mgnienie.
Żeby zginąć!
Nie, nie zginie.
Żeby uciec!
Nie ucieknie.
Lecz cichuchno wyparuje
by się skraplać,
by nasiąkać
i się błąkać!
Między niebem,
między ziemią
Będąc w samym
środku piekła.

 

***

Nie pozostałeś mi obcy
A jednak umierasz
Co dzień, wciąż, we mnie
Nie wierzę!
Nie zrozumiałeś szelestu
Krzywo stawianych stóp
Na posadzce błędnie odgadnionej ścieżki.
Drogowskazie!
Nie kocham żadnej z kropli ciepłych wód.
Wodospad słony cichych słów
I pustych źrenic świat.
Tak zrozpaczony,
W powodzi snów
Ucicha!
Nie ma strapienia w ostatniej z igieł
Modrzewiowych skonań.
W niej zieloności nadzieja
Powrotu życia
Wiosną zaistnienia.
Chłód wciąż umyka.
Niepokój wzbiera.
Zdradziecka cisza.
Oddycha.
Umiera!
Nie jesień,
W odcieniach tonie pomarańczy.
To taniec ognia.
To niemy krzyk ludzkości złej - szarańczy!
Nie czekam deszczu.
Usycham.
Nie szukam wiatru.
Ucicham.
Nie potrzebuje tlenu.
Zasypiam.

 

***

Gdyby sześćset sześćdziesiąt sześć słów
Mogło zawrzeć uczuć moich potęgę
Byłbyś mi winnym

Gdyby te drogi zawiłe
Się krzyżowały w miejscu
Najświętszej śmierci  - Golgoty
Byłbyś mi Panem

Gdyby ta woda trysnęła
W miejscu Pól Elizejskich
Tomasz był  moim ojcem niewiary
Byłbyś mi zbawcą

Byłbyś mi bliskim
Byłbyś mi  Bogiem!
Poznanym...

 

Ojcze

To nie z Tobą chciałam rozmawiać, kiedy otwierałam usta.
To nie o Tobie chciałam się głęboko zamyślać zamykając oczy.
To nie dla Ciebie zaspanymi porankami chciałam wstawać z łóżka..
Nie do Ciebie pragnęłam pójść opuszczając łóżko zwane życiem.
Tym razem nie rankiem dnia.
A wieczorem.
Wieczorem swojego istnienia.
To nie z Tobą chciałam dzielić zmartwienia i nikłe przedstawiać radości.
Sprawując meldunek, bezmyślnie szepcąc bataliony słow.
Postawionych w szeregu jako  przymusowo służący żołnierze
Na przeciw mojej fortecy, jako wrogowie, nie bracia.
Strzelaliście w moją stronę spuszczając wzrok.
Tylko czy Wy w ogóle mieliście prawdziwe oczy?
Pacierze...?
Nie na Twoją chwałę wiłam gniazda jako ta zagubiona ptaszyna
Na spróchniałym drzewie jakim się zdaje być
Dopiero dziś zrozumiałam - ziemia...
Ta doczesna, ta namacalna.
To nie Ciebie, głęboko w truchlejącym strachem sercu wciąż chowając
biegłam na oślep.
Po miłość? Po szczęście? Po cierpienie...?
Nie było Ciebie tutaj, nie było Ciebie tam.
Więc gdzie naprawdę wtedy byłam ja? 
Czy byłam?

 

Kruchość

Kruchy jest posąg człowieka
Gdy głazem zamarza dusz  wianek.
Krucha jest brama do nieba
Gdy duszom daleki jest drugi
Gdy wnętrzom nie straszny jest chłód.
Gdy dobro i wiara
Gdy ojczyzna serca
Odległy ludziom zaścianek.
Gdy ziemią obtarci
Kroczymy w nieznane.
Kruchy jest strumyk
płynący ze źrenic człowieka
Krucha jest natura ludzka
Gdy w czasach uczłowieczenia
człowiek w zwierzynę się zmienia.
Krucha jest miłość
Ukradkiem zakańcza swój taniec.
Kruche jest szczęście.
Krucha trudna wiara.
Kruche to co wymaga cierpienia
Kruche wszystko co niegdyś najtwardsze.
Co niegdyś fundamentem
W pył nam się przemienia...