Aleksandra Augustyn

Zamieszkała w Dobrej, pracą i uczuciami związana z Porębą Wielką, Gorcami i duchem Orkana. Miłośniczka książek, zwierząt futerkowych i gier komputerowych. Laureatka konkursów m.in. na portalu Wywrota.pl. Ulotna i złośliwa jako zodiakalny Skorpion. Wieczna poszukiwaczka sensu istnienia :)

 


 

Ona i On

Już tak bardzo czuli zmęczenie. Po całym dniu wędrówki do Kresu nie mieli siły nawet spojrzeć na siebie. Może tego nie potrzebowali? Może rytm ich stóp wyznaczył bliskość, stali się jednym podczas stawiania kroków na drodze ku Nieznanemu?

Szli tak od kilku dni. W rękach nieśli jedynie płacz po umarłej przyjaźni, która miała być tak bardzo silna, tak mocna. "Góry będzie przenosić"- powiedział kiedyś On. A okazało się, że nie potrafiła unieść nawet ich słabości. Rozsypała się w proch, unicestwiła, pozostawiając tylko gorycz łez. Odtąd nie rozmawiali o niej. Starali się omijać ten trudny temat, nie analizować przypadków, nie szukać wytłumaczenia. Tylko ich świat nieco poszarzał, tylko upał stał się silniejszy, tylko zieleń straciła swą głęboką nadzieję. Ale można tak żyć. Można być jedynie kroplą w oceanie, upodabniając się do innych szemrzących cicho kropel.

Zbliżał się wieczór. Świat stracił swój młodzieńczy wygląd, zaczął chylić się ku ziemi. Opuścił swe długie włosy, muskając nimi resztki pożółkłych traw.

- Może odpoczniemy ? - spytała Ona i nie czekając na odpowiedź, usiadła pod małym, mizernym drzewkiem.

On także usiadł. Specjalnie wybrał sobie miejsce oddalone o kilka kroków, jakby bał się, że ta przypadkowa bliskość może coś zepsuć. A może naprawić ? W ogóle starał się zachowywać dystans, odległość tych kilku westchnień, aby nie usłyszała tego, co naprawdę czuje. By nie było między nimi strumienia. Cichego, połączonego sercami obojga.

Milczeli wpatrzeni w zachód słońca. Ile ich już było? Jak często razem podziwiali te czerwone okrzyki przedwieczorne, jak często w ich oczach pojawiały się tak samo ogniste łuny jakie biegały po niebie? Jak często razem cieszyli się z takich chwil. A teraz mieli do zaoferowania słońcu jedynie swoją samotność i cierpiącą łezkę przyjaźni.

Słońce. Czy jest tylko jedną z wielu planet ? Czy ma w sobie serce gwiazdy? Czy jego ciepło przypomina chociaż częściowo ciepło rąk podczas dotyku? Jest niesamowite w swojej samotności. Nie pozwala nikomu zbliżyć się do siebie, zabija, zadaje nieodwracalne rany, a jednak ma w sobie tyle piękna. Pomaga z daleka wszechświatowi, leczy z ciemności zarówno tych wielkich, majestatycznych, jak i malutkich, zapomnianych. I codziennie zasypia, przed snem pisząc dziennik serdeczny z każdej przeżytej chwili.

Słońce. Kiedyś ogrzewało ich przyjaźń. Cieszyło się z bliskości dwóch tak bardzo różnych dusz. Kiedyś serdecznym atramentem kreśliło ich inicjały na niebie, wiedząc, że każda przyjaźń ma w sobie coś boskiego. Każda jest utkana z pajęczyny zrozumienia, przeplatana ciepłem spojrzeń i ukierunkowana na wspólne odkrywanie słonecznych promieni. Jest światełkiem, którego potrzebuje każda istota i za którą tęskni. Do której zwraca się w chwilach zwątpienia, wyciągając błagalnie ręce o chociaż jeden mały promyczek nadziei. I kiedy wydaje się, że będzie trwać wiecznie, po prostu umiera.

- Czy żałuję naszej przyjaźni? - pytała niejednokrotnie Ona. I nie umiała sobie uzmysłowić ogromu straty. Nagle poczuła się tak bardzo inna, że nawet nie próbowała odnaleźć siebie dawnej. Liczyły się tylko kroki. Nic więcej. Chyba nic.

- Dlaczego odeszła?- zadawał sobie pytanie On, także nie mogąc spotkać się sam z sobą. I też czuł, że wraz z utraconą przyjaźnią coś stracił, ale jeszcze nie wiedział co.

Noc. Nagle słońce skryło się za horyzontem, zaciągając za sobą na niebie nocną kołderkę gwiazd. Zrobiło się chłodno i ciemno. Tylko jasne drobinki rozświetlały drogę, którą znowu wyruszyli w nieznane. Szli pod gwiazdami, mając nadzieję, że przynajmniej ta chwila uspokoi ich skołatane serca i pozwoli im spojrzeć na świat z nutką szczęścia.

Szczęście. Czy jeszcze pamiętają co ono oznacza? Czy jeszcze wiedzą, że można się w nim zapomnieć, można kontemplować każdą jego chwilę odsuwając na bok całe istnienie. Pławić się w poszumie jego melodii, nie znajdując słów, by wyrazić spełnienie. Czy czują nadal to drżenie, które pojawia się na myśl o tych chwilach niemal niebiańskiego niebytu, który pulsuje w każdej żyle, w każdym włóknie i w każdym mięśniu? Czy z upadkiem przyjaźni i szczęście zostało im odebrane?

- Jak mam teraz iść obok Ciebie, gdy jesteś dla mnie kimś obcym? - chciałaby wykrzyczeć te słowa Ona. Ale nawet nie próbuje otwierać ust. Nawet nie stara się, by ciężkie jak kamienie myśli opuściły jej ciało. Dźwiga je pomimo nieziemskiego zmęczenia, odrętwienia i obolałości całej. Staje się ich skarbnicą, zdając sobie sprawę z tego, że ten ciężar zabija delikatniejsze uczucia. Miażdży je brutalnie, pozbawia blasku. Ale nie potrafi sobie z tym poradzić. Już dawno przestała wierzyć we własne siły. Nie ma wpływu na dnie i noce, nie kieruje żadnym zdarzeniem, nie zmienia ich biegu. Jest bierna. Nie wie, czy taka była zawsze. Czy tylko się jej tak wydaje teraz, gdy stopami dotyka całej upadłości ziemi.

Wędrówka trwała nadal. Już resztkami sił dotykali ziemi, bólem stawał się każdy krok. W końcu dotarli do małego zagajnika, tam położyli się wśród wystających korzeni drzew i zasnęli snem mocnym, pozbawionym marzeń i pragnień. Tak śpią tylko ci, którzy stracili nadzieję. Zapadają w stan niebytu, jakby tym samym chcieli pogrążyć się w nim na zawsze, beznamiętnie, bezmyślnie. Tylko taka martwota pomaga jakoś egzystować. I nie myślenie staje się lekarstwem na wszelkie rozczarowania.

Świt. Kolejny dzień. Poranek niosący z sobą zawsze nadzieję. Czasem tylko taką małą, na samo przeżycie, czasem wielką, na spełnienie niewyobrażalnych wręcz marzeń. Nadzieja.bez niej nie można byłoby dalej iść, więc jednak.I Ona i On mieli jej trochę, przynajmniej tyle, by dzięki jej obecności móc otworzyć oczy, wstać i udać się w drogę.

- Czy można obchodzić rocznicę śmierci przyjaźni? - zastanawiał się On, nadal trzymając w ręku łezkę tego, co pozostało z ich uczucia. - Czy nie byłoby to zbytnią egzaltacją? Czy można modlić się za coś, co teraz już nie istnieje, lub raczej przypomina jakiś strzęp, odpad ze stołu Bożych radości?

Modlitwa. Rozmowa z Nieobecnym. Nigdy nie potrafił inaczej zdefiniować tego pojęcia. Nie czuł Obecności, a tak bardzo jej potrzebował. I podczas tych chwil, gdy pragnął wyżalić się Komuś, gdy chciał otrzymać wskazówki, a widział jedynie mrok, gdy w pustkę wykrzykiwał błagania o zrozumienie i radę, tak - wtedy pojawiła się Ona. Stała się substytutem Boga. Bo Jego nie było blisko. Bo On nie czuł tak samo, był przecież Odległy. Nie wiedział, że przyjaźń jest siostrą oziębłości, że na tej ziemi, na której przyszło nam żyć nie można doznawać czegoś tak bardzo na serio. Człowiek w całej swej uniżoności otrzymuje jedynie małe cząstki uczuć. Te prawdziwe, łatwe zarezerwowane są dla innego wymiaru. Mają je aniołowie. A on właśnie z Niej zrobił sobie anioła.

- Aniele, Stróżu mój. Ileż to razy wypowiadając te słowa widział Ją. Ileż razy zamazywał mu się obraz anioła, zostawał przesłonięty Jej obrazem. Wiedział, że to nie jest dobre, że kiedyś musi się źle skończyć. Że za to zostanie ukarany. Ale to było jednak czyste. Nigdy nie traktował Jej jak kobiety. Była kimś bliskim, ale nie w sensie cielesnym. Jej cielesność właściwie zaczęła mu przeszkadzać dopiero teraz, gdy umarła przyjaźń. Gdy po raz pierwszy zobaczył tą beznadziejną łzę w Jej oku. Wtedy zrozumiał.

Zbliżał się Kres. Nagle obydwoje to poczuli. Coś zadrżało wewnątrz ich serc. Wiedzieli, ale jeszcze bali się wymówić to słowo. Nie mieli pojęcia jak on będzie wyglądał. Czy Koniec stanie się nagle? Czy będzie jedynie ciągiem dalszym obecnego końca przyjaźni? Czy u Kresu ktoś będzie na nich czekał?

W Jej oczach nagle pojawiły się łzy. Dostrzegł je zerkając ukradkiem i nie wiedział czy reagować. Zresztą nie umiał. Łzy zawsze kojarzyły mu się ze słabością. Życie nie nauczyło Go delikatności przyjmowania łez. Nie bał się ich, ale po prostu nie potrafił zaakceptować. Sam płakał tylko w ukryciu, zawsze cicho i spokojnie. Nie miał w sobie nic z gwałtowności. Potem zawsze wstydził się tego płaczu i próbował udowodnić sam sobie, że taka chwila słabości nie zmienia jego natury. Że przychodzi jak przeziębienie, katar i potem mija zapomniana. Że jest jakby wirusem, który czasem wszczepia mu życie. Dla zabawy.

Teraz, widząc te małe kropelki smutku, odwrócił głowę. Pomyślał tylko, że w ten sposób Ją okłamuje. Kiedyś nie zrobiłby tego, przemógłby się, coś powiedział. Wiedziała, że w takich chwilach jest mu ciężko, ale nie uciekałby. Tak było kiedyś. Teraz uciekł w swoje myśli, pozostawiając Ją ze smutkiem i samotnością. Bo nawet podczas wspólnej wędrówki bywa się samotnym, czasem niewyobrażalnie. I nawet patrząc sobie wzajemnie w oczy można poczuć samotność. Wyczytać ją w źrenicach przyjaciela i w niej się zanurzyć.

Zagubieni w swoich myślach, zapatrzeni w siebie, nie dostrzegli, że Kres jest tuż przed nimi. Nagle skończyła się droga. Znaleźli się w okolicy skalistej, strzeliste głazy sięgały nieba. Ich granatowo - szare ciała nie miały ani jednej ryski, ich stromość przerażała swym ogromem. Nie było nic, tylko one, piętrzące się nad ziemią, nieprzystępne. Nie było też szumu, melodii wiatru, westchnień ziemi. Cisza. Głęboka. Usypiająca.

- Nie chce jeszcze zasnąć, jeszcze nie ! - krzyknęła Ona - Chcę żyć. Chociażbym miała cierpieć, chcę żyć.

- Czy to jest śmierć? Czy Kres jest po prostu śmiercią?- spytał On. Bał się tego już od początku wędrówki.

Koniec. A potem już nic. Nie wierzył, że gdzieś jest inny świat. Nigdy z Nią o tym nie rozmawiał, ale miał wrażenie, że Ona inaczej odczuwa niebyt. Miała w oczach jakieś nieziemskie iskierki, gdy rozmawiali o przemijaniu. Chciała, żeby tam coś było. On wtedy milczał. Dla Niej też tego pragnął, dla siebie - nie. Bał się, że w obliczu Kresu ich wieczność będzie samotnością. Teraz jednak nie potrafił się z tym pogodzić. Po raz pierwszy w życiu zapragnął innego świata. Chciał uwierzyć w jego istnienie, bez względu na konsekwencje.

Wiara. Była taka mała, sporadyczna, chwiejna. Uciekała pod byle pretekstem, nieuchwytna. Nie dała się opanować, nie miała w sobie nic ze statyczności. Kiedy już wyciągał dłonie w jej kierunku, nagle rozpływała się w mgiełkę, znikała. Szukał jej niestrudzenie przez kilka lat, ale później pojął, że jest dla niego nieosiągalna. Już nie kaleczył sobie serca poszukiwaniami, nie łapał zachłannie jej drobinek, nie płakał nad jej niebytem. Nauczył się niewiary. Ten brak miał być namiastką bytu. Miał zastąpić pragnienie, ale tak naprawdę jedynie je uciszył. Tutaj, pod skalną ścianą wybuchł całą kaskadą oczekiwań, stał się lawiną skrwawionych krzyków duszy.

- Boże, dlaczego? Czemu nie czuję? Czemu nie kocham? Dlaczego pozwoliłeś mi tak cierpieć? Boże, Boże, Boże. - powtarzał On, a głos jego odbijał się od skał. Zamieniał się w płacz, który strumieniem docierał do Jego serca, odbijając się od nieczułości, zobojętnienia i bezsilności.

- Nie płacz - powiedziała Ona. - Już nie płacz. Spójrz.

I wskazała na skały. Tam, gdzie spadły Jego łzy zaczęły pojawiać się liście dzikiej róży, w miejscach najbardziej bolesnych - małe delikatne pączki.

- Skała kwitnie. - szepnął On. - Ona zakwita. Staje się ogrodem, w którym po ścieżkach utkanych z łez spaceruje Bóg. Popatrz, nie ma już stromizny, nie ma szarości, jest zieleń i czerwień.

I patrzyli oboje na ten nieziemski obraz. Widzieli pełen piękna ogród, z najdelikatniejszą zieloną trawą, utkaną gdzie niegdzie kwiatami, z krzewami pełnymi pączków, z drzewami o niesamowicie symetrycznej budowie, dającymi lekki cień. I słyszeli śpiew ptaków, szelest skrzydeł motyli. I patrzyli na ścieżki, idealnie gładkie, ułożone z kamyków, z których każdy był czyimś cierpieniem, zabranym kiedyś do rajskiego ogrodu.

Nagle ogród zaczął rozmywać się, ginąć, zostały tylko jego delikatne zarysy, w końcu i one stały się niebytem. Ponownie pojawiły się skały, tym razem już nie tak bardzo nieprzystępne, ale nadal przerażające swym ogromem.

- Czy widzieliśmy Boga? - spytała szeptem Ona i po raz pierwszy od dawna zbliżyła się do Niego. Jeszcze zachowała dystans tych kilku oddechów, ale już nie starała się za wszelką cenę trzymać na uboczu.

- Tak - odpowiedział nadal niepewny, czy zjawiskowy obraz nie był jedynie przywidzeniem. - Chyba tak. - dodał w zamyśleniu. I spojrzał na swoje dłonie, na których była łezka przyjaźni.

- Spójrz.- wyciągnął rękę w Jej kierunku.

A tam leżał jeden mały listek i drżał delikatnie. Zielonością swoją przywarł do Jego dłoni i zdawało się, że grzał ledwie wyczuwalnym ciepłem. Drżał nadzieją, że nie wszystko jeszcze stracone.

- Zimno. Rozpalmy ogień - zaproponowała Ona.

Tak też uczynili. Tuż obok skały rozpalili ognisko z tajemniczego drewna, które spłynęło z obrazu rajskiego ogrodu. I czekało na nich od kilku chwil, leżąc spokojnie w skalnym załomie.

Z pierwszymi płomieniami ognia poczuli ciepło. Usiedli zmęczeni w jego kręgu, spoglądając na siebie nieśmiało. Ta nieśmiałość trochę przeszkadzała. Stanowiła jakąś barierę, przez którą nie mogły swobodnie przepływać słowa. Zrodziła się z odsunięcia, z oddalenia dusz. Była otoczką myśli, cenzorem słów, które nieopatrznie mogłyby zostać powiedziane. Obawą, że wypowiedziane zdania nie znajdą zrozumienia, zagubią się gdzieś w płomieniach, spalą wstydem i pozostawią po sobie bliznę ciężką do usunięcia.

- Jesteśmy kwiatami z rajskiego ogrodu. Mamy delikatne płatki i kłujące kolce. Nie potrafimy zbliżyć się do siebie bez zadawania bólu - szepnęła Ona.

Wreszcie mógł na nią spojrzeć. Wpatrzył się w Jej oczy. Dostrzegł w nich jakąś głębię, jakąś tajemnicę. I tak wiele czułości. Zawstydził się. Przecież to On zniszczył tą przyjaźń, On pozwolił jej odejść. Nie chciał tego, ale przestraszył się tego ogromu uczuć, jakie zaczęły pojawiać się w jego sercu. Lubił Ją bardzo, potrafili rozmawiać ze sobą godzinami, umieli dzielić każdą chwilę na dwoje. Lubił.

- Czym jest lubienie? - zadał sobie kolejne pytanie. - Chyba najniższą formą ziemskiej miłości. Nie chcemy by ci, których lubimy cierpieli, ale umiemy bez nich spokojnie żyć. Są jak wędrowcy - czasem pojawią się na naszej stacji, chwilę tam przebywają rozśmieszając nas, zaskakując, a potem bez żalu żegnamy ich, gdy wsiadają do swego pociągu. Odjeżdżają, a my przez jakiś czas wspominamy, że pojawili się wśród nas. Potem zapominamy.

- Czym jest miłość? Jak myślisz? - nagle dobiegło do Niego pytanie wyszeptane przez Nią. Zaskoczyło go to. Znowu znała jego rozmyślania, potrafiła bezbłędnie usłyszeć niewypowiedziane słowa. Jak dawniej.

Właśnie - miłość. Tak często używane słowo, mające tyle znaczeń. Miłość - poczucie bycia kochanym, w jednym momencie stanie się dla kogoś osobą najważniejszą na świecie. A jednak - uczucie niosące w sobie cały ogrom łez. Wyrzeczenie się samego siebie dla drugiej osoby, oddanie jej tego, co najmocniej skrywane i indywidualne. Rozmienienie się na drobne, podzielenie sobą. Ale też wzrastanie w człowieczeństwie, budowanie ciągle na nowo swoich doznań, myśli i pragnień. Zbliżenie się do Absolutu, który sam jest wielką Miłością. I czerpanie z niego wzorców, zapomnienie o swoich potrzebach. Bycie razem.

- Miłość potrafi zniszczyć przyjaźń - wyszeptał. Teraz to zrozumiał. Właśnie wtedy, gdy pojawiła się cielesność, coś stało się z ich przyjaźnią. Zaczęła niknąć, blednąć, tym mocniej, im bardziej wpatrywał się w Jej oczy i śledził każdy ruch Jej ciała. Te doznania zaczęły przesłaniać ich melodię dusz, ich ciche porozumienie, ich współodczuwanie. Chciał zrobić jakiś krok, objąć Ją ramionami, ale coś go powstrzymało. Czy łatwiej kochać ciało czy duszę? - czasem o tym myślał. I czując się istotą niedoskonałą, zaczął wybierać cielesność. Ona widocznie to dostrzegła i to ich zaczęło gubić. Słowa zaczynały powoli tracić swe znaczenie. Były coraz częściej puste, odbijały się od niezauważalnej wewnętrznej przeszkody, rozpryskiwały i ulatywały gdzieś w nieskończoność.

Ogień radośnie płonął. Stał się symbolem oczyszczenia. Długimi płomieniami pieścił ich ciała, iskrami szybując w stronę nieba. Szemrał najpiękniejszą pieśń Kresu. Pieśń o dwóch zagubionych we wszechświecie duszach, które pomimo odległości, mimo różnic, mimo swej odmiennej cielesności odnalazły się. A potem zatraciły swą odwagę, strachem wyparły najpiękniejsze doznanie przyjaźni. Zapomniały, że każde uczucie można budować jedynie opierając się na Bożej Melodii Nieba. Trzeba uwierzyć, by kochać, uwierzyć, by nauczyć się współodczuwać i współdziałać. Trzeba w sercach zbudować sanktuarium i pielęgnować w nim Bożą Miłość. Tylko ona ma moc stwarzania, budowania ciągle na nowo naszych małych ziemskich uczuć. Bez niej całe życie jest sztucznym zabieganiem, nierealną pogonią za kolejną przygodą. Bez niej drugi człowiek przestaje być kimś bliskim, staje się jedynie skarbonką naszych żalów, naszych wołań o pomoc, naszych ubolewań.

Przyjaźń jest ogrodem Boga. Są tam i piękne chwile, bliskość, oddanie i serdeczność. Ale podobnie jak ścieżki ułożone z cierpienia, w przyjaźni pojawiają się momenty łez, małe ziemskie zwątpienia, odejścia i ucieczki. Tylko Bóg, przechadzający się po krainie przyjaźni może uporządkować nasze doznania i sprawić, by w każdym aspekcie pojawiła się równowaga. By dobro współistniało bezboleśnie ze złem, wiara ze zwątpieniem, ciepło z obojętnością.

- Nasza łza przyjaźni pulsuje coraz mocniej - powiedział On. Obydwoje spojrzeli na mały listek, który zaczął wypuszczać długie korzenie. - Musimy go wsadzić do Matki Ziemi.

Tak też uczynili. Przy skalnej ścianie wykopali dołek, wspólnie włożyli do niego delikatną roślinkę, przykryli grudkami ziemi i skropili łzami oczyszczenia, które same pojawiły się w ich oczach.

- Niech ktoś, kto zagubi swoją przyjaźń, dotrze tutaj i patrząc na piękny kwiat, jaki zakwitnie, zrozumie, że zarówno on, jak i każde uczucie zostało podarowane nam przez Boga. I jedynie od Niego zależy, czy będzie ono się umiało rozwijać, czy zeschnie i umrze. - powiedziała Ona.

Teraz, nauczona tyloma doznaniami, wypełniona wspomnieniem rajskiego ogrodu, była na powrót tą samą dziewczyną, która miała swego przyjaciela. I nagle spostrzegła, że umie śmiać się beztrosko, potrafi skakać z radości. On też to potrafił. Zrzucił z siebie maskę, przestał udawać kogoś, kim chciał być. Ona stała się dla niego tak samo ważna jak kiedyś. I wzajemne zrozumienie znowu zaczęło płynąć strumykiem od jednego serca ku drugiemu. Przyjaźń zaczęła kołysać ich świat, zaczęła wirować w podmuchach mocnego wiatru, zaczęła śpiewać cudowną melodię istnienia. Pobiegli pełni radości wszystkimi ścieżkami, które znali ze swej wędrówki, spiesząc się, by wrócić do swego świata.

A mała, delikatna roślinka przyjaźni zatrzepotała z radością listkami, rozświetliła się kwiatami niezapominajek i wymówiła ciche słowa modlitwy, prosząc, by ludzie w każdym poruszeniu serca pamiętali o opiece Nieznanego.


 

Piwne oczy

W nocy wszystkie piwa są ciemne. Ale nie wszystkie mają takie brązowe, lekko skośne, zezowate oczy - takie same jakie posiada Wiesław. I nad ranem powinny zniknąć, rozpłynąć się jak senne marzenia, a nie wpatrywać się uporczywie z wszystkich stron w obudzonego Wiesława, leżącego na łóżku w pokoju gościnnym cioci Genowefy.

Oczy. Głębokie, bezbrzeżne, tępo spoglądające na człowieka. Szukające jego obecności, czyhające na jakikolwiek błąd, szydzące i nierozumiejące.

Wiesław dostał niemal oczopląsu widząc je wszędzie: w kuflach, na żyrandolu, na firankach z falbankami, w doniczkach z asparagusem. I mimo ustawicznego mrugania, przecierania własnych oczu, one nie znikały. Tkwiły niemrawo, wlepiając wzrok w swą ofiarę.

Zerwał się szybko z łóżka, pobiegł do łazienki, ale i tam były oczy. Jedna para przylgnęła do szczoteczki do zębów, nie dała się strząsnąć, naigrawała się białkami, przez co Wiesiek porzucił chęć umycia szczęki i jej okolic.

Druga para świdrowała w niego z lustra. To już było ponad siły! Gdy Wiesław próbował spojrzeć na swoje odbicie, lustro rozbiło się na tysiące kawałeczków, a odpryski szkła wbiły się w policzki mężczyzny. Zalepił plastrem co wyraźniejsze rany i ubrał się błyskawicznie, nie zważając na to, że jedna para oczu uczepiła się spodni w okolicach pośladka, wpijając się szpilami w ciało, a druga pląsała smętnie na nitce zwisającej po urwanym w pośpiechu guziku.

Wybiegł na ulicę. Spojrzał i pożałował, że tak szybko opuścił mieszkanie. Oczy były wszędzie: na płytkach chodnikowych, na drzwiach do sąsiednich budynków, na huśtawkach. Część z nich leżała na ulicy, przejeżdżana z głośnym chrzęstem przez samochody. Ale z plam krwi i śluzu oczy odradzały się na nowo.

I gdziekolwiek udałby się Wiesław, oczy podążały za nim. Przez cały dzień. Niestrudzenie wgapiały się w niego, mrużąc się, to znów rozszerzając, mrugając i nieruchomo tkwiąc.

W tych warunkach trudno było pracować. Sklep z galanterią skórzaną, w którym wykonywał swą powinność Wiesław, stał się obiektem oczoidalnym. Oczy rozrywały w strzępy futrzane kołnierze, skórzane kamizelki i palta. Nawet pora śniadaniowa nie przyniosła ulgi - oczy były w kanapkach, pływały w kawie, chrzęściły w zębach, nadając posiłkom nieco białkowego posmaku. Podobnie było podczas obiadu. Duże oczy pływały w okach rosołu, pluskały się w tłuszczyku, nurkowały między makaronem, a przede wszystkim mocno chlapały na wszystkie strony, przynosząc wstyd Wiesławowi, który ten posiłek zjadał zawsze w towarzystwie kasjerki. Szczytem odrazy stało się drugie danie, kluseczki z mrugającymi oczami, kluseczki łzawiące, mokre, rozpaćkane. -

- Ohydne ! - w ten sposób skwitował Wiesiek jednym najpotężniejszym słowem zjadany obiad, przez co naraził się kelnerkom, szefowi kuchni, sprzątaczce i pomywaczowi.

A później przyszła noc. Wiesław doczołgał się do łóżka, strzepnął z poduszki kołyszącą się podejrzanie parę oczu i wsunął się pod kołdrę. Zacisnął mocno powieki, a wtedy wszystkie inne oczy zrobiły dokładnie to samo. I nastał sen, w którym Jedno Wielkie Oko uparcie wpatrywało się w Wiesława, szukając u niego ukradzionego w zeszłym tygodniu w restauracji "Skobelek" otwieracza do piwa.


 

SEN

W daleką podróż
wyruszasz 
ściskając w ręku bilet 
do krainy snów
ocieplony kołdrą
rozgrzany niepewnością
szukasz 
mlecznych ścieżek
Twojej gwiazdy
które układają się 
w wielką  niewiadomą 
z iksem rozpłaszczonym 
jak nos na szybie
marzeń


 

CZARODZIEJ

Mój czarodziej 
Trochę przygarbiony 
Starą różdżką 
Czaruje świat 

Kolorami niezapominajek 
Stara się przywrócić 
W pamięci 
Te dni 
Kiedy słońce zachodziło
Wciąż za wcześnie
Zabierając z sobą 
Rozkrzyczane wiosną koziołki 

Dźwiękiem 
Skrzeczących żab 
Wyczarowuje mój zamek
W którym jestem 
Jedyną królewną
O rudych jak wiewiórcze uszka
Włosach 
I czekam na pocałunek
Który już nigdy 
Się nie powtórzy

Szarością 
Błotnistych kałuży 
Czaruje
Skrzyneczkę pełną uczuć
Które roztańczone 
Walczą ze sobą
Przepychają się 
I kłócą
Pragną bezsprzecznie 
Zagościć 
W moim sercu 

Mój czarodziej 
Ma czarny płaszcz
I powoli odchodzi 
W ciemność nocy 

Mój czarodziej 
Pełen nadziei 
Zostawia mi na pamiątkę
Jeden mały 
Czerwony koralik
Jak owoc wilczej jagody 

Jego magiczna moc
Pozwoli mi 
Odejść
Z uśmiechem 
Pełnym Ciebie


 

MIŁOSIERDZIE II

W przestrzeniach 
wypełnionych szeptem 
cichych modlitewnych westchnień
Jesteś - 
a Byt Twój cały splątany 
dobrocią

Upuszczasz 
z tęczowego nieba
dwie ulotne barwy 
różowo- niebieskie promienie
naszych czekających na wysłuchanie 
próśb

Ogarniasz 
pełnym łaski spojrzeniem
pooraną grzechami ziemię
wypełnioną bruzdami naszych 
niestosownych uczynków 

Osłaniasz 
walczące w nas dobro
by przetrwało
podczas trudnej potyczki
z niestarannością
poukładanych uczuć 

Oślepiasz 
swym niewysłowionym  Pięknem
pełnym pieśni
anielskich łąk
i utulasz do snu
całując
samotnych wędrowców świata 
którzy pragną 
zmęczonymi westchnieniami 
zatopienia 
w Twym strumieniem płynącym 
zrozumieniu 

Jesteś 
tym Panem
który daje siłę
zamkniętą 
w małej zielonej paczuszce 
wiary 


 

NA POŁONINACH

Na połoninach 
Wiosna 
Uwiła swoje rzęsiste wieńce
I przygarnęła
Trawami pląsającymi 
Zmierzch późnego dnia

Na połoninach 
W wiosennych koronach drzew
Wygrywa smutną piosenkę 
Zapomniany Świątek 
Podparty na ręku 
Obserwuje 
Odchodzący świat 

Na połoninach 
Dźwięki cerkiewnych dzwonów
Zapraszają jagody 
Na bizantyjskie modły 
Na fioletem przepełnione liturgie 
Pustkowi 

Na połoninach 
Jeśli masz jeszcze marzenia 
Rozsyp je dookoła
Niech jak mgiełki 
Płyną usiane
I opadną na kamienie 
Zmęczone stopami 

A potem 
Wiatr 
Pozbiera je delikatnie 
I złotym deszczem obsypie
Jednego z tych 
Który był,
Jest 
I będzie 
Piewcą bieszczadzkich połonin 

 

ZAGUBIŁ SIĘ CZAS.

Zagubił się czas
gdzieś pomiędzy 
dniem wczorajszym
a dzisiejszym uśmiechem 

Zaginął 
przystał do grona 
niepotrzebnych nikomu 
bezpańskich rzeczy 

Gdzieś się zapodział 
zawieruszył 
między moim uśmiechem 
a łzą 
która cicho spłynęła
z Twych zmęczonych oczu 

I próżno  go szukać 
nie potrzeba 
wieszać krzyczących drukiem 
ogłoszeń 

Poszedł 
żółto - złocistą ścieżką
do Twojego 
nieba
by z uśmiechem
stać się 
czasem beztroski 

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej